Jesień, najpiękniejsza pora roku. Szkoda jest marnować ostatnie ciepłe i słoneczne dni. Prognoza pogody przewidywała, że zaplanowane w ostatniej chwili pływanie sprawi nam wiele radości. Grupa kanuistów stawiła się punktualnie, zapakowaliśmy łódeczki i do Unierzyża. Wodowaliśmy się na plaży w doskonałych nastrojach. Rzeka przywitała nas mgliście, tajemniczo, ale spokojną tonią.

Sikory - wioska na północny wschód od Czaplinka - z położonego w pobliżu niej jeziora Komorzego zaczynamy nasz spływ Piławą.

Dzień 0

Pole biwakowe (79,9km spływu) oferuje w miarę równy teren do rozłożenia namiotu, miejsce na ognisko i przystań. Jeżeli dotrzesz tu wieczorem a przed odpłynięciem nie potrzebujesz uzupełnić zapasów w miejscowym sklepie to w zasadzie możesz od razu zapakować kanu i ruszyć w drogę a miejsca na nocleg poszukać nieco w głębi jeziora. My właśnie przez zakupy zostajemy tu na noc. Najrówniejsze miejsce do rozłożenia namiotu zajęły trzy campery, więc namiot rozkładamy przy drodze przed polem. Przed zmrokiem korzystam jeszcze z okazji, woduję Dumoine i przez kilka minut wprawiam się w manewrowaniu nowym w końcu kanu. Jest wietrznie, więc moje przemyślenia na temat tego jak się pływa nie są spójne. Jeszcze małe co nieco na kolację i chowamy się w śpiworach.

Co roku w wakacje pływam z moją siostrą i jej rodziną z Niemiec. Zawsze dołączają do nas jej lub moi znajomi. Tym razem (7-17 sierpnia 2011) wybraliśmy się na Wdę.

Schemat każdego dnia spływu jest zawsze taki sam (na wszystkich moich spływach). Pobudka o 7:00. Gotowanie wody w Kelly Kettlu do termosu i śniadanie. W czasie śniadania jeszcze raz gotujemy wodę na drogę. Na wodzie jesteśmy o 10:00. W południe przerwa na kawę i przekąskę. O 17:00-18:00 dopływamy do biwaku. Rozbijanie obozu i szykowanie kolacji. Tym razem gotowaliśmy na składanym białoruskim grillu. Dzięki takiemu rozwiązaniu zużywa się mniej drewna, szybciej gotuje i - co ważne - takie przenośne ognisko można rozpalić w dowolnym miejscu (bezpiecznie i bez pozostawiania śladów). Od paru lat gotuję tylko na drewnie. Oczywiście mam też ze sobą na wszelki wypadek kuchenkę na paliwo płynne.

Parę lat temu próbowałem zorganizować dla młodzieży spływ Drawą. Niestety młodzi nie bardzo byli chętni. Spływ się odbył, ale grupa była mieszana wiekowo. W tym roku zapadła więc decyzja, by zorganizować rodzinny spływ kanu. Najmłodszy uczestnik miał 9 lat, najstarsi byli sześćdziesięciolatkami.

Kanu (polietyleny Old Town i Rainbow) wypożyczyliśmy w Swornegaciach (www.kajaki-kaszuby.pl). Wypożyczalnia ma nad samą Brdą swoje pole namiotowe (wiaty, sławojki, prysznic i umywalki z ciepłą wodą).

Jezierzyca, to moja pierwsza spłynięta w tym roku rzeczka. Co więcej - na odcinku Kretowice - Orzeszków to pływanie może być pierwszym w jej historii :)

Pływanie to nieco za dużo powiedziane - tak naprawdę to trzeba by napisać, że raczej przepchana. Bo przez 4/5 pokonanej długości rzeczka jest silnie zwałkowa. Bardzo silnie. Do tego stopnia, że na tym odcinku praktycznie raz na 1oo m byłem skazany na przenoszenie kanu przez zwalone drzewa, a kilku krotnie przeciągnięcie łódki po lądzie było szybsze i mniej męczące niż próby zrobienia tego w nurcie. Najśmieszniejsze jest w tym to, że tydzień wcześniej zrobiliśmy z Myszoliną zwiad rowerowy i pierwsze kilkaset metrów prezentowało się naprawdę sympatycznie. W każdym razie, rzeczka choć mała to w kość dała niemiłosiernie, ale nie będę uprzedzać faktów ;)

Sobota, przedpołudnie, kanu na ziemi, do rzeczki mam 3oo m. Z założenia dziś płynę sam, więc te 3oo m oznacza dla mnie nieco holowania - mniej więcej takiego:

Dzisiejszy dzionek mogę podsumować takim zdaniem: trochę daliśmy sobie w du**. Z mapy wynika, że przepłynęliśmy jakieś 25 kilometrów. Rutyniarze pewnie się tylko uśmiechną, ale dla takich "świerzynek" jak my to jednak całkiem sporo.

Czwartek

A było to tak: koło 6.00 szwędałem się jeszcze przy pomoście. O 6.20 fotografowałem nasz bajzel na kempingu a o 7.00 nie dawałem już Myszce spać. O 7.40 nasze rzeczy były już włożone do kanu a o 8.30 robiłem zdjęcia przy kanu na plaży, a kilka minut później wypłynęliśmy. Tafla jeziora była spokojna, co cieszyło, bo wiosłowanie pod wiatr na takim akwenie byłoby dość męczące, a tak ja mogłem sobie wiosłować a Myszka jeszcze się relaksowała po nocy.