Tak sobie myślę, że marzenia się jednak czasem spełniają :) W ubiegłym roku w marcu nie wiedziałem jeszcze, że z kanu będę miał do czynienia na co dzień, a w tym roku odwiedziłem europejską "Mekkę" miłośników kanu czyli Szwecję. Północą można się zachłysnąć, tak bardzo jest inna od tego co się widzi na południu europy. Tak fajnie inna. Tak dziko inna. Już dziś wiem, że jeżeli tylko warunki i czas pozwolą to będę obierać ten kierunek wojaży znacznie częściej, co i Wam polecam i czego życzę :)

Dzień 1

Przewodnikowo spływ zaczyna się w okolicy Tyfors ale nie byłbym sobą gdybym wgryzając się w dostępne w Internecie mapy nie wpadł na pomysł by rozpocząć go powyżej tej osady - mianowicie w Sägen. Do wioski dojeżdżamy a w zasadzie to ja dojeżdżam z dużym niepokojem, bo Magda ma jakoś dystans do potencjalnych problemów : )

Kraina dzikiej przyrody, misia grizzly, złota, złych traperów i dobrych Indian - z tym mniej więcej kojarzył mi się Jukon, gdy jako nastolatka przeczytałam chyba każdą przetłumaczoną na polski książkę o podboju Ameryki Północnej. Do Jukonu jechałam spełnić marzenie - chciałam zobaczyć ten świat na własne oczy i przemierzyć go trochę tak, jak to robiono na długo przed przybyciem Europejczyków - w kanu.

Sławę Jukon zawdzięcza swojemu dopływowi - rzece Klondike, jak i dopływowi tejże: strumieniowi Bonanza. Właśnie tu w 1896r. odkryto złoto. Wkrótce potem w rejon zaczęli napływać masowo poszukiwacze z USA, jak również w mniejszej liczbie z Wielkiej Brytanii, Australii i Południowej Afryki. Oprócz ludzi prostych, do Klondike jechali nauczyciele, lekarze, burmistrz, który wybrał kopanie szczęścia w zamian za prestiżowe stanowisko, przyszły prezydent USA - William Howard Taft, jak i Jack London - słynny pisarz, który kanwę swoich najbardziej znanych powieści oparł na doświadczeniach wyniesionych z Jukonu. W 1898r. ludność miasteczka Klondike, nie istniejącego jeszcze dwa lata wcześniej, liczyła 40 tys. osób.

Jezierzyca, to moja pierwsza spłynięta w tym roku rzeczka. Co więcej - na odcinku Kretowice - Orzeszków to pływanie może być pierwszym w jej historii :)

Pływanie to nieco za dużo powiedziane - tak naprawdę to trzeba by napisać, że raczej przepchana. Bo przez 4/5 pokonanej długości rzeczka jest silnie zwałkowa. Bardzo silnie. Do tego stopnia, że na tym odcinku praktycznie raz na 1oo m byłem skazany na przenoszenie kanu przez zwalone drzewa, a kilku krotnie przeciągnięcie łódki po lądzie było szybsze i mniej męczące niż próby zrobienia tego w nurcie. Najśmieszniejsze jest w tym to, że tydzień wcześniej zrobiliśmy z Myszoliną zwiad rowerowy i pierwsze kilkaset metrów prezentowało się naprawdę sympatycznie. W każdym razie, rzeczka choć mała to w kość dała niemiłosiernie, ale nie będę uprzedzać faktów ;)

Sobota, przedpołudnie, kanu na ziemi, do rzeczki mam 3oo m. Z założenia dziś płynę sam, więc te 3oo m oznacza dla mnie nieco holowania - mniej więcej takiego:

W parku Massasauga byłem już trzy razy w ciągu poprzednich 2 lach i w tym roku postanowiłem zorganizować wycieczkę dla członków naszej grupy „GetOut”, będącej częścią organizacji Meetup.

Dzień pierwszy, 30 czerwiec 2010r. - środa.

Kilka miesięcy naprzód zarezerwowałem miejsce kempingowe nr 509 (to samo, na którym biwakowaliśmy we wrześniu 2009r.), natomiast Andrea, członkini tejże grupy, zarezerwowała miejsce nr 508, które dzieliła od naszego miejsca mała zatoczka.

Zima jakoś nie sprzyja pływaniu i pojawianiu się tu nowych relacji, więc dziś zapraszamy do Kanady i relacji Jacka z pływania Kanu w Massasauga Park w roku 2009.♥

Prowincjonalny Park "Massasauga", rozciągający się wzdłuż wybrzeży zatoki Georgian Bay od miasta Parry Sound do rzeki Moon River, składa się z setek smaganych wiatrem skalnych wysp, jak również położonych wewnątrz lądu lasów i jezior. Po raz pierwszy wybrałem się do tego parku na wycieczkę na kanu w 2008 r. i była ona tak udana, że postanowiłem powrócić, tym razem obierając bardziej ambitną, jakkolwiek "bezportażową" trasę.

Po pracowitym piątku budzik ustawiony w sobotę na 8.08 bolał wyjątkowo, ale jeżeli chcieliśmy skorzystać z okazji jaką był spust wody z tamy w Krużberku to wyjścia nie było - trzeba było wstawać.

Dzień 1

Wybór trasy w postaci: Wrocław - Racibórz - Chałupki - Krużberk okazała się być marnym pomysłem ale o tym przekonaliśmy się na miejscu, trudno. W Krużberku wg znalezionego w necie opisu miało być dogodne zejście do wody, tyle że jakoś na nie nie trafiliśmy. To znaczy trafiliśmy ale już siedząc w kanu (na lewym brzegu poniżej mostu), czyli po kilkuset metrach spływu.

Subcategories