Kraina dzikiej przyrody, misia grizzly, złota, złych traperów i dobrych Indian - z tym mniej więcej kojarzył mi się Jukon, gdy jako nastolatka przeczytałam chyba każdą przetłumaczoną na polski książkę o podboju Ameryki Północnej. Do Jukonu jechałam spełnić marzenie - chciałam zobaczyć ten świat na własne oczy i przemierzyć go trochę tak, jak to robiono na długo przed przybyciem Europejczyków - w kanu.

Sławę Jukon zawdzięcza swojemu dopływowi - rzece Klondike, jak i dopływowi tejże: strumieniowi Bonanza. Właśnie tu w 1896r. odkryto złoto. Wkrótce potem w rejon zaczęli napływać masowo poszukiwacze z USA, jak również w mniejszej liczbie z Wielkiej Brytanii, Australii i Południowej Afryki. Oprócz ludzi prostych, do Klondike jechali nauczyciele, lekarze, burmistrz, który wybrał kopanie szczęścia w zamian za prestiżowe stanowisko, przyszły prezydent USA - William Howard Taft, jak i Jack London - słynny pisarz, który kanwę swoich najbardziej znanych powieści oparł na doświadczeniach wyniesionych z Jukonu. W 1898r. ludność miasteczka Klondike, nie istniejącego jeszcze dwa lata wcześniej, liczyła 40 tys. osób.

Większość poszukiwaczy pierwszy etap podróży odbywała statkiem wzdłuż zachodniego wybrzeża Ameryki Północnej aż do Skagway lub nie istniejącego już Dyea - portów pacyficznych w dzisiejszej Alasce. Stąd, na piechotę pokonywali jednym ze szlaków góry, oddzielające ich od doliny rzeki Jukon. Najbardziej popularny był dawny indiański szlak Chilkoot, długości 53 km, prowadzący z Dyea przez przełęcz o wysokości 1067 m.n.p.m. Na szlaku stacjonowała Kanadyjska Północno-Zachodnia Policja Konna, która pilnowała, by na terytorium Kanady nie dostawali się przestępcy. Poza tym, zgodnie z prawem, każdy nowy przybysz miał obowiązek wnieść na terytorium Jukonu około tony dóbr - jedzenia, ubrań, narzędzi. W ten sposób władze próbowały uchronić poszukiwaczy przed śmiercią głodową w ciężkich warunkach klimatu subarktycznego. Ludzie przenosili ładunek najczęściej samodzielnie, stopniowo, do kolejnych obozowisk na szlaku. Tylko nieliczni, z większymi zapasami gotówki, wynajmowali indiańskich tragarzy lub kupowali zwierzęta juczne.

Jedno z bardziej znanych zdjęć z czasów Bonanzy: poszukiwacze wspinają się na przełęcz Chilkoot w drodze do nurtu Jukonu.

  • Jedno z bardziej znanych zdjęć z czasów Bonanzy: poszukiwacze wspinają się na przełęcz Chilkoot w drodze do nurtu Jukonu.

Szlak kończył się przy jeziorach Lindeman i Bennet, połączonych z Jukonem. Tu przybysze budowali tratwy albo łodzie i spływali nimi ponad 800 km w dół rzeki Jukon aż do Dawson City, zlokalizowanego blisko złotonośnych pól. Po drodze wielu z nich ginęło, roztrzaskawszy tratwę w skalistym przełomie rzeki zwanym Miles lub na jeziorze Laberge. Zmiany nadeszły dopiero w połowie 1900 roku, kiedy to otwarto połączenie kolejowe ze Skagway do Whitehorse. Jednocześnie uruchomiono nowoczesną komunikację rzeczną między Whitehorse a Dawson. Parowce pokonywały ten odcinek, w dół nurtu, w 1,5 dnia, a w drugą stronę w sześć.

Jedno z bardziej znanych zdjęć z czasów Bonanzy: poszukiwacze wspinają się na przełęcz Chilkoot w drodze do nurtu Jukonu.

  • Te malutkie czerwone kropeczki znaczą trasę naszego spływu.

Nas do Jukonu ciągnęła przede wszystkim chęć przeżycia przygody i poznania dzikiej północy Kanady. Postanowiliśmy pokonać w kanu część biegu rzeki Jukon - dokładnie 10 procent jej długości, z Whitehorse do Carmacks. W Internecie znalazłam kilka firm, wypożyczających w Whitehorse cały potrzebny sprzęt. Z Holmsmem spotkaliśmy się na początku czerwca w Vancouver i wsiedliśmy do samolotu do Whitehorse. Przez dwie godziny wyglądałam przez okienka maszyny linii Air North, oczarowana światem poniżej - niebieskimi, długimi na dziesiątki kilometrów jeziorami, szczytami, lodowcami Gór Nabrzeżnych. Ciągną się one z północy na południe przez 1600 km i sięgają czterech tysięcy metrów nad poziomem morza. Na ich obszarze prawie nie ma dróg ani osad ludzkich. Pod koniec lotu krajobraz poniżej zrobił się bardziej płaski, pojawiło się wiele skalistych pagórków, małych jezior, iglastych lasów. Gdy zobaczyliśmy wreszcie majestatyczny Jukon, poczuliśmy euforię. Nieosiągalne było w zasięgu ręki!

Jedno z bardziej znanych zdjęć z czasów Bonanzy: poszukiwacze wspinają się na przełęcz Chilkoot w drodze do nurtu Jukonu.

  • Miasteczko Whitehorse, trochę jak z westernu.

Na malutkim lotnisku w Whitehorse powitał nas Joost, który miał wypożyczyć nam kajaki i cały sprzęt. Joost urodził się w Holandii i przez wiele lat pracował w rodzinnym kraju jako inżynier. Po kilku wyprawach do Kanady uznał, że woli mieszkać tutaj, w Jukonie. Z żoną załatwili niezbędne papiery i dwa lata temu przeprowadzili się do Kanady. Joost zabrał nas na dobry początek na punkt widokowy na przełom Jukonu, parę kilometrów od centrum Whitehorse. W tym miejscu rzeka zwęża się, ograniczona wysokimi ścianami skalistego brzegu. Było to jedno z najbardziej niebezpiecznych miejsc na trasie poszukiwaczy złota - wspomniany kanion Miles. Wedle danych policji konnej do w ciągu trzech pierwszych lat gorączki złota zginęło tu 300 osób. Wielu innych straciło tu cały wieziony dobytek. Wreszcie w 1898 NWMP zakazała spływać kanionem kobietom i dzieciom, a mężczyźni mogli płynąć tylko na łodzi licencjonowanego przewoźnika.

  • Tak jak w całej Kanadzie, również w Whitehorse graffiti jest "OK".

  • SS Klondike - jeden z parowców, którym poszukiwacze złota płynęli na północ.

Joost zawiózł nas następnie do jedynego hostelu w Whitehorse (65 CAD za łóżko we wspólnej sali). W ten sposób zamieszkaliśmy na chwilę, tak jak większość mieszkańców Whitehorse, w małym, drewnianym, czyściutkim domu, przy cichej uliczce. Popołudniu udaliśmy się na krótkie zwiedzanie miasteczka - w sumie to sześć głównych "alei" i kilka przecinających je pod kontem prostym "ulic". Między nimi prawie tylko drewniane budynki. I pomyśleć, że w stolicy Jukonu mieszka trzy czwarte ludności prowincji! Tzn. 20 tysięcy osób… Nas najbardziej zainteresowało centrum informacji turystycznej, w którym było pod dostatkiem folderów i informacji o Jukonie. Tu też zdobyliśmy prostą, opisową mapę rzeki Jukon po francusku, która później okazała się bezcennym nabytkiem. Następnego dnia udaliśmy się na Festiwal Przesilenia Słonecznego (najdłuższy dzień w roku).

Niestety, zamiast niezliczonych gości indiańskich (najlepiej, o naiwności - w pióropuszach), zobaczyliśmy imprezę o charakterze piknikowym, z konkursem gotowania i jedzenia (kto zje szybciej i więcej), darmowym łososiem i ciastkiem. Pojawiło się parę osób o ciemniejszej karnacji, najczęściej dość otyłych, a niektórzy pijani. Zrobiliśmy też zakupy w największym supermarkecie w Jukonie (przyjeżdżają tu na zakupy nawet mieszkańcy odległego Inuviku - stolicy Terytoriów Północnych). W szczególności musli i mieszanka suszonych owoców okazały się w czasie spływu bezcenne. Wreszcie udaliśmy się do magazynu Joosta, gdzie przepakowaliśmy rzeczy do worków i dwóch 60-litrowych, wodoodpornych i nieprzepuszczających zapachów baryłek, wybraliśmy kanu. Joost pomógł nam się zwodować w samym centrum Whitehorse. No i w drogę!

  • Nasze kanu :-)

Przed nami 304 km do pokonania w kanu, w tym 50 km po niebezpiecznym dla nawigacji jeziorze Laberge. Obawialiśmy się deszczowej pogody, chmar komarów, a do tego spotkań z niedźwiedziami, wywrócenia kanu, niechcianej kąpieli w rzece, i jakiegokolwiek innego poważniejszego wypadku. Wynajęliśmy od Joosta telefon satelitarny. Holender ostrzegł nas jednak, że sprowadzenie pomocy może zająć nawet dwa dni, więc lepiej liczyć na siebie. Joost opowiedział nam o dwóch wypadkach śmiertelnych tego roku w prowincji. Rodzina - matka, ojciec i dwudziestoletni syn - popłynęli na spływ jedną z najbardziej niebezpiecznych rzek Jukonu. Byli bardzo doświadczonymi kajakarzami i odcinek ten pokonywali wielokrotnie. Niestety, na wodzie najwyraźniej poczuli się zbyt pewnie. Kajak ojca i syna przewrócił się. Obaj zmarli z wychłodzenia organizmu w wodzie. Kobiecie udało się wyłowić ich ciała. Przy pomocy telefonu satelitarnego sprowadziła pomoc. Helikopter przyleciał po dwóch dniach, bo pogotowie ratunkowe musiało polecieć wpierw do pilniejszych przypadków.

  • Słynny kanion Miles, gdzie wielu pożegnało się z życiem i/lub dobytkiem.

Pierwsze chwile na rzece były dość nerwowe. Rzeka płynie z prędkością do 8 km na godzinę, a my mieliśmy wrażenie, że już na początku znaleźliśmy się na jednym z szybszych odcinków. Do tego kanu chybotało się nieprzyjemnie. Wkrótce przekonaliśmy się, że ten typ łodzi kołysze się często, ale bardzo rzadko wywraca. Poza tym jest dużo wygodniejszy od kajaka, bo można w nim zmieniać pozycję siedzenia. Gdy już opanowaliśmy pierwsze emocje, całkowicie ulegliśmy magii okolicy - tuż za Whitehorse znaleźliśmy się w kompletnej dziczy, wśród iglastych drzew, w ciszy. Do tego powietrze intensywnie, pięknie pachniało - mieszanką woni kwiatów topoli, ziół i igliwia. Słońce było już dość nisko nad horyzontem, ale tym się nie martwiliśmy - o tej porze roku w Jukonie w zasadzie nie robi się ciemno, a jedynie szaro. Na zakrętach co rusz ziemia schodziła do tafli wody ostrym, piaskowym klifem. Wkrótce przekonaliśmy się, że klify to charakterystyczny element krajobrazu w dolinie Jukonu. Po drodze spotkaliśmy kilka orłów bielików i baraszkujących w wodzie bobrów.

  • Początek spływu. Wonny raj tuż za Whitehorse

Na nocleg zatrzymaliśmy się około 10 wieczorem na jednej z aluwialnych wysepek. Wydawało nam się, że spanie na wyspach to najlepsza metoda, by nie spotkać się z niedźwiedziem. Nie daje ona wprawdzie gwarancji - bo misie są świetnymi pływakami i 8 km ciągiem w wodzie nie sprawia im żadnego problemu, jednak na pewno czyni spotkanie z niedźwiadkiem mniej prawdopodobnym. Przed wyjazdem przeczytaliśmy broszurkę władz kanadyjskich o tym, jak sobie radzić w razie interakcji z pluszowym zwierzakiem i wiele innych publikacji, dzięki czemu wiedzieliśmy jak postępować - przynajmniej w teorii. Jedzenie trzymaliśmy cały czas daleko od namiotu, podobnie jak kosmetyki, w nieprzepuszczających zapachu beczkach. Niedźwiedzie mają bardzo wrażliwy węch i uwielbiają wszelkiego typu nowe zapachy - mydła, kremu, czy nawet płynu na komary.

  • Dzwonek antyniedźwiedziowy.

  • Sprej antyniedżwiedziowy.

"Na lądzie" nie rozstawaliśmy się z tzw. sprayem na niedźwiedzie, którego należy użyć, jeśli zwierzak zechce się do nas za bardzo zbliżyć. Sprej działa na odległość kilku metrów, a substancja wystrzelona zniechęca niedźwiedzia do ataku - tak dzieje się zwykle, ale nie zawsze. W książeczce przeczytaliśmy, że najwięksi drapieżcy Ameryki atakują albo w celu obrony albo w celu zjedzenia ofiary. W pierwszym przypadku należy paść na ziemię i udawać trupa, w drugim trzeba się aktywnie bronić. Nie byliśmy pewni, czy będziemy potrafili zidentyfikować atak, tym bardziej, że jeden typ agresji może się zmienić w drugi. Byliśmy wyposażeni też w tzw. dzwonki na niedźwiedzie. Mają one poinformować je, że człowiek jest blisko i zachęcić do ustąpienia mu miejsca. Ich skuteczność jest jednak często poddawana w wątpliwość - według krytyków tej metody prewencyjnej, dzwonki są za ciche, więc najlepiej dodatkowo głośno rozmawiać, śpiewać, w czasie wędrówek. Z powodu dzwonków czuliśmy się jak barany, nie czując się o wiele bezpieczniej.

  • Bielików nad Jukonem jest tyle co w Warszawie gołębi.

Drugiego dnia wyprawy dotarliśmy do jeziora Laberge. Dopływając do akwenu, odkryliśmy, że nasza francuskojęzyczna mapa z centrum informacji turystycznej, którą się posługiwaliśmy, jest niedokładna. Potwierdziła to też późniejsza trasa - wiele wysepek zdążyło się przekształcić w część stałego lądu, a do tego pojawiły się nowe. Od Joosta planowaliśmy pożyczyć GPS, ale okazało się, że nasz kontrahent ma archaiczny sprzęt, który nie miał wpisanej mapy, a jedynie podawał pozycję. Joost powiedział nam, że GPS często w ogóle nie działa w Jukonie. Twierdził, że przyczyną jest wysokość geograficzna. Większość satelitów krąży tu bardzo nisko nad horyzontem. Trudno jest złapać sygnał 3 satelitów, umożliwiający ustalenie pozycji.

Z niniejszych przyczyn na jezioro wypłynęliśmy dość nieoczekiwanie. Dla złapania oddechu zatrzymaliśmy się na cyplu po zachodniej stronie ujścia Jukonu. Wiało strasznie, było południe, a my wciąż nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę z tego, co nas czeka. Przed wyjazdem z Polski czytałam, że jezioro Laberge może być ciężkim odcinkiem ze względu na północne wiatry (na jezioro wpływa się od strony południowej). Rozważaliśmy możliwość wykupienia transferu lądowego do jeziora Laberge i dalej transportu motorówką do jego końca, ale ta opcja odpadła ze względu na bardzo wysoki koszt. No i chcieliśmy przepłynąć cały odcinek rzeki między Whitehorse a Carmacks! Jezioro Laberge ma w przybliżeniu kształt prostokąta o bokach 50 km na 4-7 km, rozciągniętego mniej więcej na linii północ południe. Stojąc u ujścia rzeki, byliśmy wciąż optymistami, choć drugi koniec jeziora wydawał się być na końcu świata. Po krótkiej przerwie, w czasie której Holmes stał na brzegu przywiązany do kanu, żeby nie odpłynęło, ruszyliśmy w kierunku zachodniego brzegu jeziora.

Z mapy wynikało, że wschodnia strona ma bardziej regularną linię brzegową, jednak w tym miejscu wydawało się, że, by tam się dostać, musielibyśmy przepłynąć z dala od lądu około 5 km. Z kolei kierując się na stronę zachodnią musieliśmy minąć szereg płycizn i przepłynąć z dala od brzegu jeziora około trzech kilometrów. Tak długo jak mijaliśmy płycizny, czuliśmy się w miarę bezpiecznie, ale gdy wypłynęliśmy na długą prostą, a coraz większe fale pchały nas na odległy brzeg, poczuliśmy strach. Siedząc na rufie wiosłowałam z całej siły, bez przerwy, byle tylko znaleźć się znów blisko brzegu. Holmesa z tyłu zalewały fale. Wywrotka oznaczałaby tu nie tylko koniec naszej ekspedycji ale zapewne również śmierć. W warunkach, gdy woda ma około 4 st. Celsjusza, organizm wychładza się ze skutkiem śmiertelnym w ciągu kilku minut. Gdy po około 45 minutach wiosłowania dotarliśmy na brzeg, chciało mi się płakać. Teraz już wiedzieliśmy, że jezioro Laberge to nie żarty.

  • Holmes holuje kanu. Zimno, woda przelewa się przez cholewki, ale to i tak relaks w porównaniu ze stresem, który przeżyliśmy na jeziorze.

By nieco odpocząć, do kolejnego cypla ciągnęliśmy kanu brzegiem przy pomocy lin. Dotarliśmy do głębokiej zatoki z wyspą pośrodku. Nie było wyjścia. Musieliśmy dalej płynąć, mimo że fale były jeszcze większe i miały niekorzystny kierunek. Nie było sensu płynąć wzdłuż brzegu, gdyż zajęłoby to nam resztę dnia. Przyjęliśmy strategię żeglarską - płynąć zygzakami, tak, żeby nigdy nie płynąć wzdłuż fali. W ten sposób minęliśmy kilka zatok. O 17.00 fale jednak zaczęły pchać nas prosto na brzeg. Wylądowaliśmy tuż obok Deep Creek - jedynej miejscowości nad jeziorem. Okazało się, że w nabrzeżnym lasku stoją domki letniskowe - wszystkie zamknięte na cztery spusty. Na szczęście były nieogrodzone i dzięki temu mogliśmy rozstawić namiot nie na plaży, gdzie strasznie wiało, tylko wśród drzew. Musieliśmy tylko udać, że nie widzimy tabliczki „Private Property”. Następnego dnia jezioro nieco się uspokoiło i około dziewiątej ruszyliśmy dalej. Minęliśmy dwa bardzo niekorzystnie względem fal usytuowane cyple i pociągnęliśmy prosto aż do połowy jeziora, będącej jednocześnie jego najwęższym punktem. Było południe. Fale znów zrobiły się bardzo duże, było zimno i potwornie wiało. Za cyplem co sił wiosłowaliśmy, mając po lewej stronie kilkukilometrowy pas skalistego nieprzyjaznego urwiska, bez szans na lądowanie. Pół godziny później, zauważyliśmy plażę pośród skał i z duszą na ramieniu przybiliśmy do niej.

  • Nasze słodkie kanu!

Reszta dnia upłynęła nam na co-półgodzinnych wyprawach na klif w nadziei, że fale się zmniejszą. Denerwowaliśmy przy okazji lokalną rodzinę orłów, które podnosiły wrzask na nasz widok. Skąd inąd urokliwa panorama jeziora bynajmniej nas nie ukajała. Obawialiśmy się, że skończy się tak jak w jednej z opowieści Joosta - o klientach, którzy dwa dni nie mogli wypłynąć, bo na jeziorze trwał sztorm. Mi wydawało się zresztą, że fale trochę się zmniejszyły, Holmes jednak kategorycznie odmówił kontynuacji spływu. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że graniczna wysokość fal dla kanu to 40 cm. Tego dnia fale miały około metra.

  • Malowniczy cypel na jeziorze Laberge

Wieczorem zdecydowaliśmy się zadzwonić do Joosta z telefonu satelitarnego. Złapanie zasięgu zajęło nam około pół godziny. Poprosiliśmy Joosta, by zorganizował łódź, która zabrałaby nas na koniec jeziora. Holender obiecał pomóc, ale ostrzegł, że do kapitana zadzwoni dopiero następnego dnia rano około ósmej, bo wieczorem nie odbiera telefonu. Powiedział też, że tydzień wcześniej inna para miała taki sam problem jak my. Wyruszali o czwartej rano, kiedy jezioro było najbardziej spokojne. To zjawisko znałam z polskich Mazur - o świcie, gdy temperatura powietrza i wody wyrównuje się, wiatr cichnie, a tafla wody wygładzała się. Umówiliśmy się z Holmesem, że robimy pobudkę o czwartej. Jeśli fal nie będzie, ruszamy.

  • Połowa jeziora. Zimno i wieje jak nigdzie indziej.

  • Przymusowy postój na plaży zagubionej pośród kilometrów skalistego brzegu.

  • Niech te fale wreszcie się zmniejszą!

Już o drugiej w nocy, gdy wyjrzałam z namiotu, nabrałam optymizmu. O czwartej wstaliśmy, w pół godziny spakowaliśmy sprzęt i ruszyliśmy w nieznane. Okazało się, że przy skałach wciąż biją bardzo wydłużone, spore fale, jednak w porównaniu z dniem poprzednim wydawało nam się, że to pestka. Przez kolejnych 4,5 godziny wiosłowaliśmy bez przerwy, pokonując około 12 km i zostawiając z tyłu skaliste klify. Z rozpoczynającym się dniem fale robiły się znów coraz większe, a my o 9.00 wylądowaliśmy w zatoce, na brzegu, na który zepchnęły nas fale bijące dokładnie równolegle do lądu. Holmes przy pomocy liny z całej siły ciągnął kanu aż do cypla, woda nalała mu się do kaloszy. Zgodnie z umową zadzwoniliśmy też do Joosta. Okazało się, że się nie dodzwonił do operatora łodzi!

  • 4.30 rano. Jezioro śpi, a my ruszamy na północ. Po cichutku, żeby nie zbudzić jeziornego Neptuna.

  • Tę część mamy już za sobą. Uff!

Kolejne zatoki, których się bardzo obawialiśmy ze względu na niekorzystne ustawienie, okazały się rozległymi płyciznami. Fale nie były tu już tak mocne jak poprzedniego dnia. O pierwszej popołudniu dotarliśmy do końca jeziora. Po trzech dniach udało się nam pokonać to ch… jezioro!!! Zaraz potem dostrzegliśmy kanu, człowieka i psa - pierwszych turystów, od kiedy wyruszyliśmy z Whitehorse. Był to Ola ze Szwecji, który podróżował z suczką Malwą. On płynął wschodnim brzegiem jeziora i tak jak my musiał się zatrzymać w południe poprzedniego dnia z powodu fal. Po wschodniej stronie wiatr i fale też pchały go na brzeg. Ola kupił kanu w Whitehorse i zmierzał aż do samego ujścia rzeki, 3000 km w dół nurtu. Spał na brzegu i nie bał się niedźwiedzi, ale miał ze sobą strzelbę i pozwolenie na polowanie. Jego pies podróżował w kamizelce ratunkowej.

  • Klify odcinka 30 Miles.

Po obiedzie ruszyliśmy dalej. Tuż za jeziorem rozpoczął się najpiękniejszy, 50-kilometrowy odcinek Jukonu - słynne30 Miles. Rzeka pędzi tu ze średnią prędkością 8 km na godzinę, więc wiosłując osiągaliśmy pewnie chwilami prędkość około 12-15 km. Do tego świeciło słońce, nie było wiatru, a otoczenie odbijało się idealnie w tafli wody. Było pięknie! 30 Mil okryło się złą sławą w historii żeglugi po Jukonie. Pełno tu zakrętów, bystrzy, płycizn, podwodnych kamieni, skądinąd nie groźnych dla takich maleństw jak kanu. Mimo że parowce pływające po rzece były specjalnie zaprojektowane, żeby przewozić stosunkowo duże ładunki przy relatywnie małym zanurzeniu i tak niektóre z nich roztrzaskały się na tym odcinku. My z ostrożności omijaliśmy chyba dość niegroźne bystrza, by o siódmej wieczorem dobić do wysepki, gdzie rozbiliśmy obozowisko. Było cudownie. Ja rozłożyłam się w hamaku, Holmes próbował złowić rybę na kolację. Niestety, zamiast ryb wyławiał z wody tylko jakieś dziwne śmieci - od końca jeziora Laberge aż do Carmacks w toni rzeki dostrzegaliśmy coś, co wyglądało jak strzępy wełny albo syntetycznej substancji ją przypominającej. Kiedy później opowiedzieliśmy o tym Joostowi, obiecał poinformować specjalny urząd, czuwający nad czystością rzek.

Kolejnego dnia płynęliśmy dalej w dół rzeki, która robiła się coraz szersza. Przy ujściu dopływu Jukony - rzeki Teslin zatrzymaliśmy się w miejscu pamięci Hootalinqua. Stoją tu do dziś drewniane chaty - pamiątka po wodnym przystanku i miejscu zaopatrzenia dla osób udających się w górę rzeki Teslin. Hootalinqua wygląda tak jak dziesiątki a może i setki innych zbudowanych a później porzuconych przez człowieka wiosek w Jukonie: powoli zarasta je roślinność, próchnieją ściany domów, dachy gniją. O mały włos nie połamałam się, stając na oderwanej częściowo desce, pod którą znajdowała się piwnica.

Właśnie mieliśmy wsiadać do łodzi, gdy dostrzegliśmy drugiego samotnego kajakarza na naszej trasie. Okazał się nim milczący Japończyk, którego spotkaliśmy w hostelu w Whitehorse. Spływał rzeką Teslin. Wyglądał na dość zmęczonego i lekko przerażonego.

Ruszyliśmy dalej. Niedługo potem zdarzyło się coś niezwykłego. Lekko padało, gdy Holmes krzyknął na mnie. Odwróciłam się i zobaczyłam niezwykłą trąbę powietrzną. Tańczyła nad wodą, podnosząc do góry trochę wody w kształcie dwóch skrzydeł wiatraka. Niestety nie było czasu robić zdjęć ani się przyglądać, bo trąba szła prosto na nas! Wiosłowaliśmy co sił w rękach, Holmesowi omal nie porwała jego ulubionego kapelusza ze skóry kangura. Po chwili było po wszystkim. Co za ulga!

Tego dnia szukaliśmy długo miejsca na nocleg - nieliczne wysepki znajdowały się blisko brzegu, na jednej z nich znaleźliśmy ślady niedźwiedzia brunatnego.

  • Odciski łapci niedźwiedzia brunatnego

Następnego dnia rano minęło nas czterech kajakarzy. A tak naprawdę kajakarek - w sumie spotkaliśmy je czterokrotnie, ale dopiero na koniec spływu w Carmacks byliśmy na tyle blisko, by się przekonać, że są to dziewczyny.

Szóstego dnia spływu do Jukonu wpadła rzeka Salmon. Połączone nurty rzek rozlały się do nieprawdopodobnych rozmiarów, przestaliśmy się czuć bezpiecznie - rzeka była po prostu za duża! Przez kilka kolejnych kilometrów miała na oko kilometr szerokości. Jednocześnie aż do Carmacks widzieliśmy ślady powodzi, a raczej podwyższonego stanu wody - połamane drzewa, zniszczone krzaki, stosy nagromadzonych wyschniętych pni na brzegach. Później od Joosta dowiedzieliśmy się, że rzeka Salmon potrafi gwałtownie zmienić poziom. Natomiast na zasilanym przez lodowce Jukonie w zasadzie nie występuje problem powodzi. Jego poziom zmienia bardzo powoli - w zależności od temperatury powietrza i prędkości topnienia śniegu.

Joost mówił nam, że na wycieczki nie bierze nic przeciwdeszczowego, bo w Jukonie „kończy padać zanim na dobre zacznie”. Faktycznie, prawie przez cały czasu spływu mieliśmy piękną pogodę, a kilka przelotnych opadów trudno nazwać porządnym deszczem. Nie było też prawie komarów.

  • Obozowisko na wysepce. Dziesiąta wieczorem. Znaleźliśmy ślady łosi - doskonałych pływaków, ale nie znaleźliśmy śladów niedźwiedzich.

Ostatni nocleg na rzece spędziliśmy naprzeciwko niewielkiej miejscowości Little Salmon. Wieczorem dyskutowaliśmy - nie znajdując zadowalającej odpowiedzi - o tym czy Jukon jest rzeką górską czy nizinną. Po powrocie do kraju, sprawdziliśmy definicje rzeki górskiej w Wikipedii - zgodnie z nią, to rzeka, która jest zimna, ma kamieniste dno i wartki nurt. Ten opis pasuje do Jukonu.

Siódmego dnia spływu rzeka stała się już bardzo szeroka, wolniej płynęła. Po siedmiu godzinach dotarliśmy do Carmacks, skąd odebrał nas Joost. Hura!

  • Niedźwiedzia zobaczyliśmy dopiero po zakończeniu spływu. Grizzly pasł się na przydrożnej łączce.

W 6,5 dnia pokonaliśmy ponad 300 km, płynąc po rzece ze średnią prędkością 10 km na godzinę, a po jeziorze z prędkością 4 km na godzinę. Wbrew naszym obawom, a nawet ku pewnemu rozczarowaniu, nie spotkaliśmy w czasie spływu ani jednego niedźwiedzia, ani karibu, jelenia etc. Jedynym wyjątkiem była klempa łosia z małym oraz lis. Spotkaliśmy 6 osób i jednego psa, w tym dwóch samotnych kajakarzy i cztery kajakarki. Do dziś kuje nas trochę w sercu myśl, że nie popłynęliśmy dalej. Jak szeroki jest Jukon 300 km za Carmacks? A dalej przy ujściu?

  • Autorka

Kasia Szełemej

____ Linki ______________________

  • Strona WWW autorki: www.KasiaSzelemej.Lajtowo.pl
  • Kontakt: This email address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it.

______________________________