Co roku w wakacje pływam z moją siostrą i jej rodziną z Niemiec. Zawsze dołączają do nas jej lub moi znajomi. Tym razem (7-17 sierpnia 2011) wybraliśmy się na Wdę.

Schemat każdego dnia spływu jest zawsze taki sam (na wszystkich moich spływach). Pobudka o 7:00. Gotowanie wody w Kelly Kettlu do termosu i śniadanie. W czasie śniadania jeszcze raz gotujemy wodę na drogę. Na wodzie jesteśmy o 10:00. W południe przerwa na kawę i przekąskę. O 17:00-18:00 dopływamy do biwaku. Rozbijanie obozu i szykowanie kolacji. Tym razem gotowaliśmy na składanym białoruskim grillu. Dzięki takiemu rozwiązaniu zużywa się mniej drewna, szybciej gotuje i - co ważne - takie przenośne ognisko można rozpalić w dowolnym miejscu (bezpiecznie i bez pozostawiania śladów). Od paru lat gotuję tylko na drewnie. Oczywiście mam też ze sobą na wszelki wypadek kuchenkę na paliwo płynne.

Niedziela - Swornegacie - 514 km

Droga jak droga, do tego pogoda nie najlepsza. W samochodzie są trzy osoby, jedzenie dla 6 osób i sprzęt biwakowy. Do tego oczywiście kanu na dachu. Po drodze zaglądamy do Biskupina, gdzie prócz rekonstrukcji grodu można było zobaczyć dłubanki (takie polskie kanu : ) ).

Dojeżdżamy na pole namiotowe wypożyczalni w Swornygaciach. Jest prawie puste (jak to po weekendzie bywa). Po paru minutach dojeżdża reszta ekipy. W sumie jest nas 6 osób i 4 łódki (2 kanu dwójki, kanu jedynka i kajak jedynka).

Na kolację Ananiel (był trzy lata kucharzem w klasztorze we Włoszech) zrobił spaghetti carbonara - palce lizać. Spływ rozpoczęliśmy więc smakowicie.


Biskupin.

Poniedziałek - Wdzydze Kiszewskie - 22 km

Ze Swornegaci jedziemy do Lipusza, tam rozpoczniemy spływ Wdą. Na miejscu okazuje się, że wodując łódki na polu namiotowym trzeba za to zapłacić. Poinformował nas o tym zarządca pola dopiero po tym, jak już kanu były na wodzie.

Wda jest czystą rzeką, na początku dosyć płytką i wąską. Na szczęście mamy wysoki stan wody i nie trzeba łódek holować na płyciznach. Po drodze mijamy ujście Trzebiochy, rzeki o bardzo czystej wodzie.

Przed jez. Radolno zaczyna nas gonić burza. Chcemy dopłynąć do Wdzydz Kiszewskich, jednak wpływając na jezioro nie bardzo wiemy jaką decyzję podjąć. W kierunku Wdzydz jest czyste niebo, w przeciwnym burza. Pokusa płynięcia dalej jest wielka, zawracamy jednak by schronić się pod wysoką kładką dla pieszych. Dokładnie w tym momencie dopada nas ulewa. Kładka jest wąska i z dużymi prześwitami między deskami, daje jednak jako takie schronienie. Dobrze, że mam zawsze przy kamizelce asekuracyjnej składany nóż. Z butelki po wodzie mineralnej robię improwizowany czerpak, bo dziób i rufa wystają poza obrys kładki i kanu nabiera wody. Ulewa minęła - deszcz umył mostek - brudna woda spłynęła do łódek.

Na nocleg zatrzymujemy się w stanicy wodnej we Wdzydzach. Stanica jest wielka, nam udaje się jednak znaleźć w miarę kameralne miejsce nad samą wodą. (Ceny: 12 zł nocleg, 5 zł za 5 min pod prysznicem, 60 zł sauna.)

Spływowy diariusz. Są różne sposoby na prowadzenie spływowej kroniki. Można codziennie wieczorem robić notatki. Najprościej jest robić dokumentację fotograficzną. Rok temu moja siostrzenica rysowała komiks, w którym spływowicze występowali pod postaciami kotów. Można też, jak Ania w tym roku, codziennie malować akwarelami jakiś widoczek.





Wtorek - Miedzno - 17 km

Rano budzi nas jakieś zawodzenie. Namioty mamy rozbite blisko wieży widokowej. Wieje silny wiatr i wieża… śpiewa. Przed nami jez. Wdzydze. Mam wątpliwość czy płynąć przy tak silnym wietrze, czy dać sobie na dzisiaj spokój. Po wzięciu pod uwagę wszystkich za i przeciw decydujemy jednak by płynąć. Wiatr wieje z zachodu, dostaniemy więc boczną falę, ale powinny nas osłonić wyspy na jeziorze. Jeśli będziemy płynąć wzdłuż nich powinniśmy dać radę.

Gdy wpłynąłem na nieosłoniętą część jeziora wiatr momentalnie mnie cofnął. Znowu dopadły mnie wątpliwości. Jednak popłynęliśmy dalej i to była dobra decyzja. Wyspy osłoniły nas od wiatru. Trochę trzeba było się namęczyć w przerwach między nimi, ale pokonaliśmy jezioro bez większych przygód.

Przy wypływie Wdy z jeziora jest zastawka, którą trzeba obnieść. Przenoska jest jednak znakomicie zorganizowana. Na początku i na końcu są uszykowane wygodne i szerokie pomosty. Za Borskiem rzeka jest w zasadzie początkiem Kanału Wdy. Płynąc prosto płynie się kanałem. Łatwo przeoczyć zastawkę, po której rzeka odchodzi w prawo od kanału. Przenoska na rzekę jest bardzo łatwa (z górki na pazurki). Zaraz za przenoską, na prawym brzegu, jest biwak z wiatą i ławami.

Zaczyna się chyba najpiękniejszy odcinek rzeki. Jest wysoki stan wody, więc płyniemy wartkim nurtem w lesie. Czasami dosłownie w lesie (niezły slalom między drzewami). Nurt jest szybki, ale bezpieczny (brak przeszkód w rzece). W Bąku zatrzymujemy się na zakupy. Niestety nie ma tam sklepu (mimo, że we wszystkich przewodnikach piszą, że jest). Trzeba udać się w przeciwną stronę i tam za 1,5 km w Cisewie jest sklep.

Powoli zaczynamy szukać miejsca na biwak. Za mostem kolejowym na wysokim brzegu jest fajnie położone pole namiotowe, niestety nie ma wiaty (pogoda ciągle straszy nas deszczem) a i sławojka jest już wypełniona po brzegi. Jakieś 700 m dalej jest kolejne pole „U Lidzi” (cena: 7 zł). Tym razem jest i wiata, i dwie sławojki. Są też krowy i byk. Co prawda pole jest otoczone elektrycznym pastuchem, a byk młodziutki, wrażenie jednakowoż robi. Na polu prócz nas nocuje też małżeństwo z Berlina (płyną kajakami jedynkami). Bardzo mili ludzie.
Przy rozbijaniu namiotów łapie nas deszcz. Na szczęście jest mała wiata, którą uzupełniamy małym tarpem.

Kilka myśli na temat wiat na polach biwakowych. Prawdopodobnie wiaty na większości pól namiotowych budowali chińczycy dla chińczyków. Człowiek o wzroście nieco większym niż metr pięćdziesiąt w kapeluszu musi sobie nabić guza. Kapelusz na kanu rzecz święta i przydatna. W starciu jednak z wiatą zawsze przegrywa (tym bardziej, że ogranicza nieco widoczność z góry). Niskie wiaty ochraniają przed deszczem, pełnia rolę jadalni i bawialni, i… nabijają guzy na głowie.


Pole namiotowe „U Lidzi”.

Środa - Parcele Klanińskie - 24 km

Noc była wyjątkowo zimna. Co prawda mamy pierwszą połowę sierpnia, ale pogoda bardziej przypomina jesień niż lato.

W Odrach idziemy zwiedzić słynne kręgi kamienne. Łatwo trafić, bo na rzece jest nowy pomost, a na brzegu stoi wiata i tojtoj. Widać, że w ostatnim czasie wybudowano kilka nowych miejsc postoju (niektóre są dla kajakarzy, niektóre dla rowerzystów, ale jaka to różnica). Same kręgi mają w sobie coś z tolkienowskich kurhanów.

W Wojtalu przy młynie czekała nas przenoska. Jest dobrze przygotowana. Na brzegu wybudowano nową wiatę. Przy drodze do sklepu stoi też tojtoj. Z kolei na prawo od młyna jest hodowla pstrągów (niestety nie udało nam się ich kupić) i bar gdzie można dostać smażone i wędzone ryby. Kupiliśmy kilka wędzonych pstrągów - rewelacja.

W Czarnej Wodzie według opisów jest kilka pól namiotowych. Znaleźliśmy jedno - "Pod świerkami" - nawet bardzo dobrze urządzone (ceny: 7 zł nocleg, 6 zł prysznic, 30 zł drewno na ognisko). Niestety wieczorem wiata była zarezerwowana na imprezę dla dużej grupy i to nas skutecznie odstraszyło. Nie udało nam się znaleźć „Domu nad rzeką”, więc chcąc nie chcąc musieliśmy płynąć dalej.

Na nocleg stanęliśmy na polu namiotowym "Parcele Klanińskie". Jest tam duża obudowana wiata, coś jakby domek Baby Jagi i nowiutki budynek z sanitariatami. Prysznice są jeszcze nieczynne i w budynku nie prądu, ale widać, że miejsce jest rozwojowe Na biwaku jesteśmy sami.


Jeden z kurhanów w Odrach.

Czwartek - Parcele Klanińskie - 0 km

Dupówa od samego rana. Chłodno i deszczowo. Nie ma co płynąć dalej. Spałem do samego południa. Okazało się, że wiata przecieka. Zrobiłem w jej wnętrzu nowy dach z tarpu i plandeki. Cały dzień przesiedzieliśmy w wiacie grając w grę planszową (K2), popijając kawkę i zwyczajnie się nudząc. Na rozpalenie ogniska nie było szans. Dobrze, że mamy ze sobą przenośny grill i zapas suchego drewna (pod grillem nieźle można wysuszyć nawet bardzo mokre drewno). Po południu dopłynęli znajomi Niemcy, a wieczorem grupa ojców z synami. Najmłodszych od razu napoiliśmy gorącą herbatą.



Piątek - Wdedzki Młyn - 36 km

Startujemy wcześnie rano. Pogoda się poprawiła. Niebo nadal jest zachmurzone, ale słońce coraz częściej przebija się zza chmur. Co najważniejsze - nie pada. Szybko dopływamy do Młynków. Pole namiotowe robi duże wrażanie: wiaty, prysznice, porządne ubikacje. Niestety zaczyna się weekend i wiaty są już zarezerwowane. Mają przyjechać (dopłynąć?) trzy spore grupy, prawie 60 osób. Z tego co się dowiedzieliśmy szykuje się niezła impreza. Decydujemy się płynąć dalej.

We Wdzie robimy sobie przystanek. Zatrzymujemy się przy moście. Obok jest niby pole namiotowe, ale nijak nie da się tam rozbić (teren jest bardzo nierówny). Za to jest buda ze smażonymi rybami. Zamawiamy liny, pstrągi i sielawy - smakują rewelacyjnie. Szybko dopływamy do Wdedzkiego Młyna. Przenosimy łódki przez zaporę. Zaraz za nią jest pole namiotowe (wiaty, sławojki, ławy). Na miejscu są już rozbici kajakarze (3 namioty). Jest też jedno kanu, pierwsze spotkane na Wdzie. Dwóch tatusiów płynie z małymi dziećmi (kajak i kanu właśnie).





Sobota - Błędno - 25 km

Rano pojawiają się grupy weekendowych kajakarzy. Staramy się być przed nimi na wodzie. Parę osad zwodowało się przed nami, ale na rzece szybko ich wymijamy. Około południa łapie nas burza. Stajemy pod drzewami. Deszcz nieco ustaje, ruszam więc dalej. Niestety zaczyna znowu mocniej padać. Zatrzymuję się w Łubach. Na lewym brzegu jest zarośnięta nieco wiata. Co prawda w miejscu lądowania ktoś umieścił napis „uwaga żmije”, ale deszcz coraz bardziej pada i żmije mi teraz niegroźne. Po jakimś czasie deszcz nieco zelżał, ale nie ustał. Nie ma co czekać, płyniemy dalej.

Na szczęście po godzinie wychodzi w końcu słońce. Docieramy do Błędna. Tam za mostem jest bardzo klimatyczne pole namiotowe. Nie ma sławojki. Są za to skruszone zębem czasu małe wiaty i mało miejsca na namioty. Biwak bardzo mi się podoba. Po ostatnich deszczowych dniach jest tam jednak za wilgotno. 200 metrów dalej jest biwak na otwartej łące. Są dwie duże obudowane wiaty. Nie ma sławojek, ale jest gęsty las.

W dali nadal słuchać burzę, ale my mamy już piękną pogodę. Pojawiła się nawet tęcza, która zawsze jest dobrym znakiem nadziei. Dopływają tatusiowie z dziećmi. Po nich pojawia się jeszcze grupa młodzieży. Rozpalają ogromne ognisko, ale nie imprezują i noc spędzamy spokojnie.


Biwak w Błędnie.

Niedziela - Tleń - 23 km

Ranek wita nas malowniczą mgłą. Po śniadaniu powoli się pakujemy. Zaczynają się zjeżdżać spływy niedzielne. Niektórzy z okazjonalnych spływowiczów zaczynają dzień od piwa. To nas motywuje do szybkiego działania. Błyskawicznie się wodujemy i staramy się jak najszybciej wyprzedzić wesołe towarzystwo.

Jaki dźwięk słychać najczęściej w niedzielę na rzece? Syk otwieranej puszki z piwem. Z jednej strony, dobrze że ludziska nie spędzają wolnego czasu przed telewizorem. Ale z drugiej strony, nie cieszy mnie coraz częstszy widok pijanych kajakarzy. Sam chętnie wypiję piwo wieczorem na biwaku, ale w czasie płynięcia lepiej sobie je odpuścić. Alkohol rozleniwia, osłabia organizm (szczególnie w upały), spowalnia szybkość reakcji i pozbawia rozsądku. Kiedyś początkujący kajakarz zapytał mnie jaka jest recepta na udane pływanie. Są trzy warunki - odpowiedziałem - zero alkoholu na rzece, umiejętność czytania wody i technika wiosłowania, dokładnie w takiej kolejności.

Początkowo rzeka płynie wśród łąk. Po jakimś czasie nareszcie wpływa w las. Nurt przyśpiesza, pojawiają się powalone drzewa. Przed mostem w Starej Rzece od wielu lat leży w nurcie ogromny zwalony dąb. Przy niskiej wodzie pewnie da się pod nim przepłynąć. Przy obecnym stanie wody, musimy go obnieść.

Gdzieś za Starą Rzeką zatrzymujemy się na kawę na łące przy hodowli pstrągów. Szybko pojawia się właściciel. Kupujemy ciepłe pstrągi prosto z wędzarni. Smakują znakomicie.
Szybko dopływamy do Tlenia. Lądujemy przy wypożyczalni sprzętu wodnego. Jest upalne niedzielne popołudnie. Ludzi moc. Nawet na rowery wodne trzeba się zapisywać z kilkugodzinnym wyprzedzeniem. Parę osób chce wypożyczyć nasze „dziwne kajaki” (jak je określają).

Załatwiamy z właścicielem wypożyczalni transport do Borska. Jakież było nasze zdziwienie, gdy przyjechał po nas samochodem osobowym (takim na siedmiu pasażerów). Jakoś pakujemy się do środka (w sumie siedem osób + bagaż). Na dachu leżą umocowane nasze łódki (3 kanu i kajak). Cud, że auto się nie zarwało. Podwozie wytrzymało, ale po drodze padła skrzynia biegów. Nie działa jedynka, dwójka i wsteczny. Jakoś dojechaliśmy jednak na miejsce. Zwodowaliśmy się przy moście i po chwili byliśmy już na prywatnym polu namiotowym (na prawym brzegu) w Borsku. Wieczorem przypłynęły dwie osady. Jedni na kajaku, drudzy na dmuchanym Kanu (Baraka). Dmuchane bo dmuchane ale jednak kanu - drugie spotkane na spływie.



Poniedziałek - Kanał Wdy - 20 km

W internetowych opisach przeważała opinia odradzająca pływanie Kanałem Wdy. A to że mało wody, a to że powrót na Wdę jest niemożliwy albo przynajmniej mocno uciążliwy. Wody mamy jednak pod dostatkiem, postanowiliśmy więc płynąć kanałem i wrócić na rzekę Studzienicką Strugą. Co prawda na tej drugiej ma być ciężko, ale może nareszcie będzie się coś na rzece działo, bo Wda - choć urokliwa i czysta - należy do bardzo łatwych szlaków wodnych.

Początkowo Kanał jest mało ciekawy - ot, prosty kawał rzeki o słabym nurcie. Co jednak w nim ujmuje, to bardzo czysta woda i piaszczyste dno. Po jakimś czasie pojawia się przepiękny las i nim płynie się już do końca. Jakieś 700 m za mostem kolejowym jest możliwość przenoski na Wdę (300 m). Warto jednak płynąć dalej. Miejsc na biwaki jest bez liku. Na wysokości stawów w Uroży jest kilka zwalonych drzew. Wszystkie da się pokonać z marszu, choć stanowią niezły zator.

Zastawka za stawami była otwarta. Można ją obnieść, choć jest to uciążliwe. Nam się udało przecisnąć łódki pod jedną z zasuw. W przewodnikach piszą, że przy zamkniętej zastawce dalsze płynięcie nie jest możliwe. Tyle, że zastawki zamknąć się już nie da. Jedna z zasuw jest wyłamana. Zresztą stan zastawki wskazuje, że jest cały czas otwarta.

Planowaliśmy nocleg w okolicach domku strażnika kanałowego. Z opisów internetowych wiedziałem, że w pobliżu są osadniki z zakładu płyt pilśniowych w Czarnej Wodzie. Wszyscy pisali, że dlatego woda w Studzienickiej Strudze jest brudna. Nikt jednak nie napisał, że osadniki okropnie śmierdzą. Gdy dopłynęliśmy do nich smród był nie do wytrzymania. Trzeba było zmienić plany. Cofnęliśmy się do ostatniego mostu na Kanale (droga Bertel Wielki - Leśna Huta) i zadzwonili po transport. Wieczorem byliśmy już na polu namiotowym w Sworach.

Kanał Wdy mnie zachwycił. Czysta woda, piaszczyste dno, przepiękny las. Bardzo dużo miejsc biwakowych i miejsc do kąpieli. No i cisza. Przez 20 km nie widać żadnych ludzkich osad. Spokój i cisza. Trzeba jednak przyznać, że szlak jest bardzo monotonny.

Moim zdaniem warto Kanałem płynąć. Może być on wariantem na szlaku Wdy. Nocujemy w Borsku. Tam zostawiamy bagaże (na polu namiotowym jest domek, w którym pewnie można je będzie zamknąć). Umawiamy się z kimś na miejscu na transport powrotny i płyniemy do ostatniego mostu na Kanale. Wracamy do Borska i następnego dnia można kontynuować spływ Wdą.

Kanał Wdy:







Wtorek - Zbrzyca - 33 km

Jako, że kanu mamy opłacone jeszcze na dwa dni, postanawiamy spłynąć Zbrzycą (z Parzyna do Laski). Bagaże zostawiamy w samochodach i płyniemy na lekko. Zbrzyca jest przepiękna - jak zwykle. Rok temu przywaliłem głową w żelazny mostek (aż mnie zamroczyło). Gdy byłem na początku lipca na Zbrzycy pamiętałem o tym miejscu i udało mi się uchylić odpowiednio wcześniej. Niestety tym razem znowu doszło do bliskiego spotkanie mojej czaszki z mostkiem. Mówią, że do trzech razy sztuka.

W Widnie postanawiamy nie kończyć spływu w Lasce, tylko płynąć do końca (do samych Sworów). Na polu namiotowym byliśmy o 18:00. Zrobiliśmy 33 km (w tym 7 po jeziorach + 3 przenoski). Na kolację Ananiel zrobił tortelini z sosem serowym.



Kanu przy ruinach młynu.

Środa - Chocina - 13 km

W ostatni dzień popłynęliśmy jeszcze Chociną (z Chocińskiego Młyna do Swornygaci). Rzeka krótka i pokrętna, w sam raz na koniec spływu. W południe wsiedliśmy w samochody i pojechali do domów. Kolejny spływ się zakończył. Za pięć dni rozpocznie się kolejny, tym razem na Litwie.



(c) Mateusz Smolarczyk OFM

Przydatne mapy i opisy:

______________________________