Jezierzyca, to moja pierwsza spłynięta w tym roku rzeczka. Co więcej - na odcinku Kretowice - Orzeszków to pływanie może być pierwszym w jej historii :)

Pływanie to nieco za dużo powiedziane - tak naprawdę to trzeba by napisać, że raczej przepchana. Bo przez 4/5 pokonanej długości rzeczka jest silnie zwałkowa. Bardzo silnie. Do tego stopnia, że na tym odcinku praktycznie raz na 1oo m byłem skazany na przenoszenie kanu przez zwalone drzewa, a kilku krotnie przeciągnięcie łódki po lądzie było szybsze i mniej męczące niż próby zrobienia tego w nurcie. Najśmieszniejsze jest w tym to, że tydzień wcześniej zrobiliśmy z Myszoliną zwiad rowerowy i pierwsze kilkaset metrów prezentowało się naprawdę sympatycznie. W każdym razie, rzeczka choć mała to w kość dała niemiłosiernie, ale nie będę uprzedzać faktów ;)

Sobota, przedpołudnie, kanu na ziemi, do rzeczki mam 3oo m. Z założenia dziś płynę sam, więc te 3oo m oznacza dla mnie nieco holowania - mniej więcej takiego:

Podwójne taśmy, którymi normalnie mocuję kanu do bagażnika doskonale sprawdzają się w nowej roli.

Jak widać w tym miejscu szerokość nie przekracza długości.

W swej naiwności tego dnia spodziewałem się mniej więcej takiego pływania, jak to widać powyżej.

Pierwszy zakręt i pierwsze zwalone drzewo. Jeszcze nie wiem, że to dopiero początek tej "zabawy".

Ten wał ziemny widoczny z prawej strony oraz fosa to jedyne widoczne pozostałości po grodzisku z okresu kultury łużyckiej (IX–V w. p.n.e.).

O ile drzew w nurcie się spodziewałem, to tego, że nurt gdzieś dalej zarosną trzciny już niekoniecznie. No nic - pierwsze (od wodowania) przepychanie kanu lądem czas zacząć.

Kilkadziesiąt metrów po powrocie na wodę nurt wygląda tak jak powyżej. Kanu ponownie wyciągam na brzeg i przepcham przez chaszcze jakieś 5o metrów. Po kolejnych 5o metrach ze zgrozą zauważam, że ... płynę pod prąd! :D

W pierwszym podejściu zignorowałem przez trzciny w nurcie to miejsce, po powrocie do punktu wyjścia dokładniej mu się przyjrzałem i dopiero wtedy zrozumiałem jaki błąd popełniłem. Te gałęzie pod kanadyjką to robota bobrów - spiętrzenie wody o kilka centymetrów wystarczyło by nurt w tym miejscu zarósł całkowicie. No nic - kanu po raz trzeci ląduje na brzegu, a przede mną jakieś 3oo metrów holowania by ominąć te chaszcze :\ Zaczyna mnie to denerwować.

Kilka minut oddechu i w końcu normalnego pływania, gdzieś tu pojawia się nawet zimorodek by przez kilkadziesiąt metrów pełnić rolę eskorty.

Jakby światełko w tunelu, znaczy bez trzcin i zwalonych drzew.

He he, kilkaset metrów dalej zaczyna się ponownie coś w tym stylu. Tak z małymi przerwami będzie przez 2-3 kilometry. Zaczynam mieś już naprawdę dość, we dwie lub więcej osób można się "zwałkować", ale samemu to robota na pograniczu masochizmu :\\

W końcu rzeczka puszcza, zwałki są już sporadyczne (choć jeszcze dwa razy będę przeciągać łódkę brzegiem). W każdym razie to co teraz robię w końcu zaczyna przypominać pływanie : )

Do mostu koło Orzeszkowa jest już blisko, Tu Jezierzyca w końcu wygląda tak, że aż chce się nią płynąć dalej i cieszyć z bycia na dzikiej rzeczce. Niestety ...

... od mostu za wioską wchodzi między wały. Ja przepłynąłem jeszcze jej odcinek do wsi Młoty i tam po naprawdę zbyt długim wiosłowaniu z wiatrem w mordę dałem już sobie spokój. Okazało się jednak, że to nie koniec problemów, bo przez brak zasięgu nie mogłem się dodzwonić do Myszaka! Ale to już inna historia ...

Piotrek / Szuwarki Kanu Team ;)

______________________________