Pierwsza Samotna Wyprawa Pisią Gągoliną :)

Dzień pierwszy

Sam nie dawałem wiary, że to możliwe. A jednak... Jeszcze parę lat temu nie odważyłbym się wejść do wody w naszej 'Pisiuarze" a tu proszę - spływ Pisią. Komitetu pożegnalnego nie było, chętnych do wspólnej eksploracji również, ale słowo się rzekło - trzeba płynąć.

Pełna mobilizacja sił, szybka decyzja i w piątek 23 lipca 2010 roku, w starym żyrardowskim parku woduję swoją łódeczkę i ruszam w nieznane.

Gdybym wcześniej wiedział co czeka mnie już na pierwszych kilometrach, pewnie zmieniłbym nieco plany i startował o wiele dalej. Przede wszystkim płycizna i kamienie, które szczególnie na początku bardzo dawały się we znaki. Wielokrotnie musiałem wychodzić do wody, bo łódeczka mimo niewielkiego zanurzenia zatrzymywała się na piaszczystej łasze lub kamykach, których na odcinku do wysokości oczyszczalni ścieków była cała masa.

Od samego początku zaskakujące było to, że w rzece JEST PRZEJRZYSTA woda. Pamiętam czasy,kiedy jadąc autobusem do Wiskitek, już w Zagródzi trzeba było nabrać mocno powietrza w płuca, żeby na bezdechu przejechać przez most nad czymś, co bardziej przypominało cuchnącą maź niż rzekę. A tu, proszę jakie miłe zaskoczenie - to jest woda! W dodatku pływają w niej ryby i to w całkiem pokaźnych ławicach.



Niestety, żeby nie było tak różowo, widać również liczne ślady "cywilizacji". Co krok, co zakręt cała masa plastikowych flaszek, jakieś stare tapczany, telewizory i temu podobne klamoty. Mimo to płynie się całkiem przyjemnie - takie "kwiatki" niestety to przecież "normalka" na polskich rzekach i to nawet tych najbardziej czystych.



Docieram wkrótce do zastawki, pozostałości po spiętrzeniu wody do zasilenia młyna. Przenoszę łódkę i bambetle jakieś 100 metrów brzegiem, ruszam dalej, mijając grupę zaskoczonych dzieciaków pływających właśnie w pudle ze starej lodówki, i tu dopiero zaczyna się zabawa.





Po kilku zakrętach zwalone drzewo przegradzające rzekę, po kilkunastu metrach następne i następne..., i tak aż do Wiskitek. Patrzę na wskazania GPS - średnia prędkość 3,1 km/h - dwa razy szybciej byłoby pieszo - myślę, ale nie daję za wygraną i po przepchnięciu łódki pod wiskickim mostem wreszcie mogę odetchnąć z ulgą.



Koniec zwalonych drzew! Teraz rzeka wygląda zupełnie inaczej, tylko dno stało się jakieś takie muliste i mało przyjemne. Dobrze, ze nie ma przeszkód i nie muszę wchodzić do wody. Dopływam do "olimpijki". Przepływam pod niedokończonym mostem z duszą na ramieniu, bo wszystko wygląda tu tak, jakby za chwilę miało runąć mi na głowę i kieruję się dalej, w stronę Drzewicza. Tu, pod mostem chwila wytchnienia, pierwsze jedzonko dla regeneracji sił i ruszam w dalszą drogę.



Rzeka przypomina teraz Czarną Hańczę - przedzieram się przez trzciny gęsto zarastające brzegi i podziwiam stadko kaczek, które towarzyszy mi już od paru kilometrów. Przed osiemnastą trafiam na pierwszą przeszkodę.



Ktoś ułożył w poprzek rzeki zastawkę z worków wypełnionych piaskiem. Przeskakuję bez problemu nad prowizoryczną tamą i płynę dalej.

Okolica znów się zmienia, na brzegu pojawiają się okazałe topole i wierzby, a ja wiosłując docieram do kolejnej zapory. Dochodzi dwudziesta, więc postanawiam zatrzymać się na nocleg. Brzeg jest wysoki, z trudem wyciągam łódkę i okazuje się, że przez przypadek zatrzymałem się w miejscu, w którym prawdopodobnie jacyś wędkarze mają stałą bazę.



Są ławki, stolik, wydzielone miejsce na ognisko. Jest nawet sterta drewna zabezpieczonego folią przed deszczem. Odwracam łódkę, rozwijam trap, karimaty i nocleg gotowy.

Jeszcze tylko kolacyjka i idę spać. Gdzieś w oddali słychać głuchy pomruk burzy. Przykładam głowę do zwiniętego ręcznika jak do poduszki i zasypiam, budzony co rusz brzęczeniem komarów, które nie wiedzieć czemu uwzięły się właśnie na mnie.

Dzień drugi

5:40 pobudka. Wstaję połamany po wczorajszej przeprawie, szybka toaleta i o 6 jestem już na wodzie. Jestem gdzieś w okolicach Kask, a po 40 minutach docieram do Szymanowa. Mijam most i znów rzeka zmienia charakter. Bobry... Dały mi się już we znaki na wysokości Działek, teraz znów masa drzew powalonych przez te zmyślne zwierzaki. Swoja drogą, skąd te cwane bestie wiedzą jak powalić drzewo żeby zatarasować rzekę? W paru miejscach jestem zmuszony przenosić łódkę brzegiem. Trudne to, bo wokół zarośla i pokrzywy sięgające brody, ale jak mus, to mus. Najgorsze, że pozbyłem się całego zapasu wody i zaczynam się zastanawiać gdzie może być najbliższe gospodarstwo lub sklep. Na razie marne szanse.

Do tej pory nie było żywej duszy! Znów zakręt, kolejne zwalone drzewo i... wreszcie człowiek. Zaspany, miejscowy wędkarz patrzy na mnie jakby zobaczył ducha. Pytam o sklep - 3 kilometry do Mikołajewa - słyszę, ale tam drzewa zwalone, nie przepłyniesz... Mimo to decyduję się i płynę dalej. Z tymi drzewami miał rację, już po 200-300 metrach dopływam do pierwszego. Daje się przepłynąć pod konarami, następne podobnie i jeszcze jedno... Nie jest źle - myślę i w tym momencie wyrasta przede mną wielkie zwalone drzewisko z całą masą naniesionego przez rzekę śmiecia. Z trudem wychodzę na brzeg i widzę zabudowania Mikołajewa. Przeciągam łódkę kilkaset metrów po brzegu, docieram w pobliże mostu. Pozostawiam w krzaczorach łódkę i klamoty, udając się na poszukiwanie sklepu. Znajduję bez trudu, wchodzę... Przerażenie w oczach sprzedawczyni sygnalizuje mi, że coś jest nie tak. Spoglądam w sklepowe lustro i omal nie wybucham śmiechem. Koszulka brudna jak ostatnie nieszczęście, ramiona i twarz całe w krwawych śladach, pozostałości po bitwie jaką musiałem stoczyć z chmarą gzów, i jeszcze ta czapka z pióropuszem z zeschłych liści... Krótko wyjaśniam przyczynę takiego stanu i uzupełniam zapasy. No to... powodzenia, słyszę na odchodnem - do dziś nie wiem czy wypowiedziane z podziwem, czy raczej z politowaniem.

Wracam do mostu. Śniadanko, łyczek napoju energetyzującego i woduję swoją łupinkę. Rzeka znów zmienia swoje oblicze jakby pod wpływem zaklęcia. Jest pięknie. Piaszczyste dno, brak przeszkód i wspaniałe widoki sprawiają, że zapominam o dotychczasowym wysiłku. Przestaje zwracać uwagę na gzy i muchy atakujące za każdym razem gdy zbliżam się do pastwisk. Dopływam do mostu przy trasie nr 50 i pozwalam rzece nieść się z nurtem. Warto żyć dla takich chwil. Woda czyściutka, piaszczyste dno, ławice ryb, wszędobylskie trzciny i grążele wyrastające co rusz z wody, bardziej przypominają Suwalszczyznę czy rzeki pomorza, niż okrytą przez lata niesławą niewielką rzeczkę w centrum Mazowsza. Gdzieś w głowie pojawia się znajoma nutka - "wsłuchany w twą cichą melodię..." Pomyśleć, że już tak siedem godzin się dziś wsłuchuję. Powoli dopływam do starego mostu kolejki wąskotorowej. Pod mostem tama, przez którą muszę spławić łódkę na lince, dalej parę przeszkód i stary most kolejowy z kolejną zaporą, przez którą tym razem muszę przenieść cały swój dobytek. Na brzegu gromada gapiów, zdziwionych widokiem szpakowatego faceta w indiańskim canoe. Daleko do Bzury? - pytam.

- A będzie rzeką z kilometr, ale tam panie tylko kamienie i płytko.

Nie daję za wygraną, przepłynąłem prawie 40 km i ten jeden, ostatni miałby mnie zniechęcić? Nie zniechęcił, ale rzeczywiście prawie cały odcinek przebyłem brodząc w rzece i ciągnąc za sobą łódkę. Może miesiąc wcześniej tak, ale przy obecnym stanie wody przepłynięcie tym fragmentem rzeki graniczyłoby z cudem. I tak ciągnąc za sobą laminatową skorupkę docieram do ujścia. Nagle rzeka staje się szersza, głębsza, tylko woda jakaś taka czarna, jakaś taka mało przyjazna wydaje się. Nie to co nasza Pisia...



A każdemu, kto zacznie się śmiać słysząc nazwę Pisia, w dodatku Gągolina powiem: więcej szacunku, drodzy Państwo, więcej szacunku. Żyrardów leży nad wspaniałą rzeką, a ja mam cichą nadzieję, że jako pierwszy przepłynąłem samotnie taki odcinek.

Krzysiek "Panda" Szkolmowski

______________________________