Decyzja podjęta została szybko. Wiedzieliśmy, że mamy tylko siedem dni pomiędzy moimi zawodowymi obowiązkami a koniecznością powrotu do domu i pracy. Wiadomo było co i kiedy, pozostało pytanie - gdzie? Demokracja demokracją - w końcu stanęło na Warcie. Ruszamy z Częstochowy, płyniemy w górę rzeki (nie ukrywam, że pierwotnie liczyliśmy na to, że dotrzemy do Konina - ale wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy ile to kilometrów).

W rezultacie pospiesznych zakupów dokonanych w poznańskim MPiK'u nabyliśmy przewodnik Marka Lityńskiego - Warta i z nim w ręku rozpoczęliśmy "oglądanie" trasy.

Wyszło na to, że odcinek Warty z Częstochowy do Konina liczy około 400 kilometrów, co przy siedmiu dniach czasu jakim dysponowaliśmy jest dystansem do pokonania ale z pewnością nie w ramach wakacyjnego odpoczynku. Ograniczyliśmy zatem drogę z Częstochowy do Warty u brzegów zbiornika Jeziorsko. Przed kontynuacją trasy przez zbiornik i dalej, choćby do Uniejowa lub Koła skutecznie zniechęcił nas opis przenoski, która czeka amatorów pływania Wartą na tamie zbiornika Jeziorsko. Głównie to właśnie skłoniło nas do ograniczenia długości trasy i skrócenia dziennych odcinków.

Nawiasem mówiąc planowanie dokładnych miejsc biwakowania na Warcie nie ma wielkiego sensu zwłaszcza jeśli na nocleg szuka się miejsc odludnych, spokojnych, wśród drzew i z dobrym dostępem do wody. Trzeba takich zakątków wypatrywać już od wczesnych godzin popołudniowych i zatrzymywać się nawet jeśli do "planowanego" zakończenia dziennego odcinka pozostało kilka bądź kilkanaście kilometrów. Opisane w przewodniku "doskonałe miejsca biwakowe" przy bliższym oglądzie wcale takie zachwycające nie są.

W sumie przepłynęliśmy około 211 km co daje średnią dzienną 30 km. Muszę powiedzieć, że dla mnie są to odcinki optymalne. Lubię rano posiedzieć nad kubkiem kawy a wieczorem przy ognisku. Lubię rozglądać się na boki, czasem wyjść na brzeg i połazikować po lesie lub łące. Sporo czasu zajmują także liczne w górnych partiach rzeki przenoski oraz opisane jako spławne bystrza. Ale po kolei.

Dzień 1 - 25 lipca 2007.

Wyruszyliśmy z Konina około godziny 6 rano i "pomknęliśmy" do Częstochowy z Nulkiem na dachu i sprzętem w bagażniku. Zgodnie z prognozą pogody - lało niemiłosiernie. Jeszcze w drodze pocieszałem się, że tak intensywne opady nie mogą trwać długo - myliłem się. Deszcz nie ustawał przez całą drogę, czasem tylko padało mocniej. Krótki postój obok słynnego baru McDonalda (słynnego z racji stojącej naprzeciw figury pomnika) na kawę i rekonesans terenu zaowocował przeniesieniem punktu startu do Mstowa. Dojście do lewego brzegu rzeki od strony drogi numer 1 jest praktycznie niemożliwe. Brzeg jest zarośnięty wierzbiną, dostęp utrudniają też rozlokowane między ulicą a rzeką posesje. Dodatkowo lało akurat mocniej. Zajechaliśmy zatem do Mstowa na przystań kajakową (oznaczenie w przewodniku jako 717, 9 km rzeki). Przystań położona jest na prawym brzegu i nieźle zagospodarowana. Wprawdzie w ogóle nie wygląda jak przystań, raczej jak miejsce postoju z ewentualną możliwością biwakowania ale jest nieźle, jeśli nie brać pod uwagę kompletnego braku możliwości zjechania na teren przystani samochodem oraz znacznym zagrożeniem ruchu drogowego w przypadku parkowania na poboczu - jest po prostu za wąsko. Na szczęście kilkaset metrów dalej można skręcając z tej samej drogi w lewo w ulicę Sportową dojechać do bardzo wygodnej łąki z doskonałym dojściem do wody.

Lało nadal, może nawet mocniej - tak, że nie zdecydowałem się wyjąć aparatu fotograficznego. Wolałem zachować sprawny sprzęt na następne dni.

Ponieważ zasadniczo wszystko mieliśmy przygotowane, (jak się potem okazało poza niezbędnym w tych warunkach kompletem cieplejszej odzieży) wystarczyło zdjąć kanu z dachu, ułożyć plandekę, zapakować sprzęt, wszystko szczelnie okryć (i tak już mokre - przecież padało jeszcze mocniej) i w drogę.

Po nieco ponad czterech kilometrach niespiesznego wiosłowania dotarliśmy do Kłobukowic (713,5). Na prawym brzegu rzeki rzeczywiście niezłe miejsce biwakowe z niewielką wiatą, chroniącą chociaż częściowo przed deszczem. Wiosłowanie w zacinającym deszczu troszkę pogorszyło nam nastroje a zimno kazało w trybie pilnym gotować wodę na herbatę. Trzeba było także się trochę przebrać bo mimo przeciwdeszczowych kurtek i spodni dokuczało nam zimno.

Po kilkudziesięciominutowym postoju ruszyliśmy dalej. Nadal padało ale powietrze robiło się jakieś jaśniejsze i mogliśmy mieć nadzieję, że wkrótce choć na jakiś czas przestanie. Naszą uwagę pochłonęły jednak zniszczenia jakich w tamtym rejonie kilka dni wcześniej dokonała wichura zwana także "trąbą powietrzną". Kiedy oglądaliśmy te obrazy w telewizji ... . Cóż w naturze wszystko wyglądało o wiele gorzej. Domy często rozniesione po łąkach, dachy w okolicznych lasach i nadbrzeżnych zaroślach, fragmenty styropianu, drewnianych konstrukcji, odzież i kawałki umeblowania. Mętlik czegoś o czym tylko przypuszczać można było, że kiedyś stanowiło materialny dorobek czyjegoś życia.

Nawet nie zauważyliśmy, że deszcz przestał padać a chmury nad głowami zaczęły się przecierać. Dobrze się złożyło, bo wkrótce pierwsza przenoska.

W Skrzydłowie (710,5 kilometr rzeki) zastawka elektrowni wodnej, którą zgodnie z przewodnikiem pokonujemy lewym brzegiem. Trochę na szybko wrzucone pod plandekę rzeczy, brak wprawy, pełny stan zapasów oraz nadwątlone poprzednią nocą i porankiem siły sprawiły, że przenoska szła nam raczej powoli.

Po kolejnych pięciu kilometrach przemierzania rzeki, na szczęście już w prześwitującym a czasami nawet ostro świecącym słońcu docieramy do miejscowości Rzeki Małe (705,5). Rzeka na odcinku od Skrzydłowa zupełnie nie przypomina Warty jaką znamy z okolic Sieradza, Konina czy Poznania. Jest wąsko i płytko, często trzeba odciążać kanu aby przebić się przez mielizny (czasem wystarczy wysiąść, niekiedy trzeba popchnąć albo pociągnąć). Dodatkowo nurt przegradzają zwalone pnie drzew i nisko nad głowami zwisające gałęzie. Nurt nie jest bardzo szybki ale w kilku miejscach trzeba było szybko podejmować decyzje.

Przenoska w Rzekach Małych to około 80 metrów (zgodnie z przewodnikiem). Z mojego punktu widzenia najlepiej jest wylądować na prawym brzegu lewej odnogi możliwie blisko drogi a następnie przenieść sprzęt na ukos do prawej odnogi za zastawką. Przeniesienie sprzętu do lewej odnogi zmusza do forsownego pokonywania stromizny oraz wąskiego, skonstruowanego z podkładów kolejowych mostku nad bagienkiem i jest chyba dłuższe.

Rzeki Małe - zastawka elektrowni wodnej

Po niespokojnej nocy, wczesnym porannym wstawaniu, ulewnym deszczu i dwóch przenoskach kiedy zobaczyłem miejsce na zdjęciu poniżej stwierdziłem, że na dzisiaj dość. Rozbijamy namiot i zostajemy.

Rzeki Małe, kilkaset metrów za zastawką, miejsce biwakowania.

Namiot rozbiliśmy nad samym brzegiem, na piasku. Dla pewności okryliśmy go jeszcze plandeką tworząc dodatkowe miejsce na sprzęt i "pokój dzienny". Szybkie ale malutkie ognisko i gorącą zupą a potem i dodatkową herbatą ubijaliśmy zmęczenie. Mimo wszystko długo nie mogłem zasnąć. Dobiegały nas hałasy pobliskiej wsi i okrzyki rozbawionej młodzieży. Właściwie nie wiem dlaczego ale budziły we mnie pewien niepokój.

Dzień 2 - 26 lipca 2007.

Za to ranek wstał piękny i słoneczny. Po wczorajszym deszczu pozostała tylko mokra trawa na łące powyżej brzegu i mokre gałęzie, której trzeba było "przystosować" aby nadawały się na ognisko. Nic tak nie smakuje jak gorąca kawa z mlekiem i cukrem w porannej ciszy uzupełnianej delikatnym pluskiem płynącej obok rzeki. Mieliśmy sporo czasu na poleniuchowanie i poranne "cieszenie się" otoczeniem.

Przed dziewiątą wyruszamy w dalszą drogę. Zgodnie z opisami w przewodniku i naszymi planami przebiegu czeka nas 6 trudniejszych miejsc opisanych różnie, od możliwych do przepłynięcia do typowych przenosek na odległość do 70 metrów.

Pierwsze z nich osiągamy po około 3 kilometrach wiosłowania (702,0). W przewodniku napisano, że można przenieść kajaki na odległość 30 metrów lub przepłynąć kamienisty próg wodny.

Karczewice - próg wodny; dla kajaków możliwy do przepłynięcia.

Powyższe zdjęcie nie oddaje tego, co zastaliśmy na miejscu. Górą progu biegnie linia pionowo wbitych w dno stalowych szyn odległości pomiędzy którymi uniemożliwiają przepłynięcie naszym Nulkiem. Stan wody (niski) na dnie ujawnia głazy i betonowe bloki. Słowem przepłynąć załadowanym Nulkiem się raczej nie da. (Oceniam, że Nulek łącznie z zapasami, sprzętem i załogą ważył na początku spływu ponad 200 kg). W rezultacie wyładowujemy sprzęt i zapasy, które przenosimy wąską ścieżką po prawej stronie rzeki na plażę poniżej (około 60 metrów) a Nulka ostrożnie "spławiam" po progu. Potem ładowanie i dalej w drogę. Na szczęście dzień był piękny, słoneczny i ciepły.

Kolejne przeszkody to jaz elektrowni wodnej w Śliwakowie (695,6) - przenoska lewym brzegiem z autentycznie trudnym lądowaniem i jeszcze gorszym wodowaniem (stromizny, trudne i zarośnięte dojście do wody, bagienny brzeg) oraz dalej próg wodny w przewodniku opisany jako łatwy do przepłynięcia co byłoby prawdą gdyby nie niski stan wody. Załadowanego Nulka powoli przesuwam nad betonowym stopniem unosząc rufę aby jak najlżej rysować dno.

Sytuacja powtarza się po kilometrze, we wsi Zawada (694,6). Znowu przenoska lewym brzegiem i znowu kawałek dalej nie dało się przepłynąć kamienistego progu wodnego. Po tych dwóch przenoskach zaczynamy się zastanawiać czy nie lepiej było popłynąć Wiercicą i ominąć te przeszkody.

W sumie nie zdawałem sobie sprawy, że na górnej Warcie jest tyle mniejszych i większych elektrowni wodnych. Dla płynących rzeką stanowią one pewne utrudnienie - zawsze trzeba przenieść sprzęt ale przynajmniej niektóre z nich są całkiem malownicze.

Przed wsią Gidle jemy małe drugie śniadanko, na malowniczym brzegu i ruszamy w dalszą drogę. Idzie nieźle i zastanawiamy się kiedy zacząć szukać miejsca na biwak. Rozpieszczeni poprzednim nie chcemy nocować byle gdzie. Ustalone warunki brzegowe każą nam zostawić kilka interesujących miejsc i płynąć dalej.

Docieramy do mostu na drodze 91 (684,4). Próg wodny przed nim według mojej oceny nie jest możliwy do pokonania obciążonym kanu (około 60 cm różnicy poziomów wody i spore kipielisko poniżej pod którym nie wiadomo co się kryje. Przenosimy sprzęt i Nulka brzegiem na odległość około 60 metrów. Historia powtarza się 2 kilometry dalej w Bobrach (682,3) za to kamieniste bystrze pod mostem już nie wymaga wyładowania całego sprzętu - przepływamy.

W sumie mieliśmy cztery sposoby pokonywania mniej lub bardziej trudnych miejsc na trasie spływu. Najbardziej uciążliwa była konieczność rozładowania kanu i przeniesienia wszystkiego, łącznie z Nulkiem brzegiem. Nieco prościej było przenieść tylko zapasy i ładunek a Nulkowi pozwolić przepłynąć kontrolując jego poczynania z wody i ostrożnie pomagając przebrnąć nad ostrymi kamieniami. Jeszcze prościej było wtedy kiedy mogliśmy sobie pozwolić na "spławienie" załadowanego Nulka. Wtedy Asia przechodziła brzegiem do miejsca poniżej przeszkody a ja śladem Nulka bystrzem brnąłem w wodzie. I oczywiście czasami dało się po prostu przepłynąć.

Być może byliśmy zbyt ostrożni. Zawsze przed przeszkodą stawaliśmy przy brzegu i bądź z pokładu bądź wychodząc na brzeg ocenialiśmy nasze możliwości, stopień zagrożeń itd. Wspólnie decydowaliśmy - przenosimy, spławiamy czy płyniemy. Pod koniec spływu okazało się, że postępowaliśmy właściwie nie ufając do końca opisom z przewodnika i oglądając przeszkodę własnymi oczyma.

Za mostem w Bobrach robi się nerwowo. Jest coraz później, słonko chyli się ku zachodowi a wzdłuż brzegów nie widać miejsca, gdzie chcielibyśmy (nie moglibyśmy ale chcielibyśmy) rozbić namiot.

Tak docieramy do skrzyżowania z drogą nr 1 (676,3) i chwilę później do Łęgu (675) gdzie rzekę przegradza wysoki jaz tartaku i elektrowni wodnej. Lądowanie nieco utrudnione, długa ponad stumetrowa przenoska na plażę za jazem i ostrzeżenia lokalnym mieszkańców o wyjątkowej ilość żmij w okolicy. Nie wiem czy to te żmije, grono kibiców czy może zmęczenie i chęć jak najrychlejszego dotarcia na nocleg ale kolejna tego dnia przenoska idzie nam niezwykle sprawnie. Po chwili znowu jesteśmy na wodzie i wypatrujemy odpowiedniego miejsca dla naszego namiotu. Brzegi tu niestety wysokie, porośnięte wierzbiną, trzcinami i "wysoką miętą" jak nazywaliśmy pokrzywy wyższe niż my sami. Już po zachodzie słońca trafiamy na podmytą skarpę z ujściem małego strumienia przed nią. Ścieżka na górę wygląda zachęcająco ale Nulek będzie musiał zostać nisko nad wodą. Pospiesznie rozpakowujemy sprzęt, stawiamy namiot w ostatnim blasku dnia i gotujemy kolację już po zmroku. Długo jeszcze siedzimy przy miniaturowym ognisku słuchając rzeki, która około 6 metrów niżej. Trochę dokuczają komary ale poza tym jest cicho i spokojnie. W końcu zaczyna padać lekki deszcz toteż ładujemy się do namiotu i spokojnie zasypiamy.

Tego dnia przepłynęliśmy około 38 kilometrów sześć razy pokonując przeszkody o różnym stopniu trudności.

Dzień 3 - 27 lipca 2007.

Budzę się o "piątej pięć" i łazikuję po sosnowym lesie. W końcu nie wytrzymuję i zaczynam szykować kawę na ognisku czym budzę Asię. Dobrze, że nie mamy zegarka bo z początku nie wie, która jest godzina. Dzień wstaje słonecznie i dopiero kiedy Aśkowata znad kubka kawy spogląda na wyświetlacz telefonu komórkowego wspomina coś o barbarzyństwie, braku litości i tego typu przywarach. Tak czy inaczej ja zwijam obóz a Asia przygotowuje śniadanko.

Z poranną higieną jest kłopot. Dojść do czystej wody nie można a strumyk okazuje się być zanieczyszczony - przynajmniej tak go oceniamy. Postanawiamy szybko ruszać dalej. Woduję Nulka, pakujemy sprzęt i w drogę. Po około dwóch kilometrach pojawia się okazja wykonania krótkiej kąpieli.

Dalsze pięć kilometrów i po prawej otwiera się niewielki zalew przy dużej i nowoczesnej elektrowni wodnej.

Zakrzówek Szlachecki - elektrownia wodna duża i nowoczesna

Wielkość i sposób zagospodarowania okolicy sprawiają, że przenoska sprzętu wraz z Nulkiem jest wyjątkowo uciążliwa. Dobrze ponad sto metrów w większości po betonowych płytach, trudne lądowanie i strome wodowanie kanu. Nie jesteśmy zachwyceni ale to pierwsza przenoska tego dnia i idzie dość sprawnie. Dajemy radę i ruszamy w dalszą drogę.

Od rana mamy drobny kryzys zmęczeniowy. Rozważamy, czy płynąć ile się da i starać się jeszcze tego dnia dostać do Załęczańskiego Parku Krajobrazowego czy też poszukać miejsca na biwak przed Działoszynem. Ramiona trochę bolą a i siedzenie na ławkach Nulka nie jest tego dnia najprzyjemniejsze.

Rzeka jest już wyraźnie szersza a nurt czysty, bez większych przeszkód w postaci zwalonych drzew i krzewów. Po dalszych niemal dziesięciu kilometrach dopływamy do wsi Ważne Młyny (653,6). W przewodniku rozmyty próg wodny z podkładów kolejowych opisany jest jako możliwy do przepłynięcia przez wprawnych kajakarzy.

Ważne Młyny - rozmyty próg wodny

Rzeczywiście na zdjęciu nie wygląda to źle. Potrzebujemy mleka, wody butelkowanej i kilku drobiazgów zatem Aśkowata idzie do wsi po zakupy a ja oglądam przeszkodę. W przewodniku alternatywnie zaznaczono, że sprzęt można przenieść prawym brzegiem wzdłuż ogrodzenia ośrodka wypoczynkowego. Bliższe rozpoznanie terenu dowodzi, że choć to możliwe to trudne z uwagi na mocno podmyty brzeg. Lewa strona też nie wygląda dobrze. Wąska ścieżka mocno zanieczyszczona przez wcześniejszych bywalców oraz bardzo strome podejście i potem wodowanie nie zachęcają do przenoszenia. Także próg z rozmytych podkładów nie wygląda dobrze zwłaszcza, że podkłady są betonowe a stan wody niski mimo intensywnych opadów. Pod nieobecność Asi zdejmuję spodenki i koszulkę i spławiam Nulka wśród sterczących betonów brodząc w wodzie po pas. Kiedy żona wraca z zakupami my z Nulkiem już spokojnie czekamy na niewielkiej plaży po lewej stronie rzeki za progiem.

Jest już około południa dlatego też postanawiamy niemal natychmiast rozpocząć poszukiwania pięknego miejsca noclegowego. Oczywiście zgodnego z naszymi kryteriami a takie nie zdarzają się często. Pociesza nas fakt, że na przestrzeni 30 kilometrów jakie mamy do Działoszyna coś pięknego musi się znaleźć. Krótko mówiąc - nie znalazło się. Brzegi są tutaj albo wysokie, zarośnięte wierzbiną albo niedostępne z powodu "wysokiej mięty". Kilka ładnych miejsc okupują ci, którzy zjawili się wcześniej a nie mamy ochoty na towarzystwo i nie chcemy przeszkadzać.

Dokucza nam także słoneczne poparzenie kolan - mimo smarowania kremami z filtrem są czerwone i swędzą.

W Niwskach Dolnych (630,8) oraz Jelitach (628,0) na rozbitych jazach Nulka udaje się spławić. Pozostałości progu młyńskiego w Zalesiakach (626,0) pokonujemy z marszu prawie ich nie zauważając choć wbite w dno pale, których przy tym stanie wody zupełnie nie widać kołyszą Nulkiem mocno i miałem przez chwilę przed oczyma obraz suszącego się sprzętu.

Docieramy do przedmieść Działoszyna i na 625,5 kilometrze rzeki przy rozgałęzieniu postępujemy zgodnie z radą przewodnika płynąc prawą odnogą. Wprawdzie początkowo zapuszczamy się w lewe koryto ale ryk progu wodnego skłania nas do wiosłowania kilkaset metrów pod prąd i powrotu na opisaną trasę. Oczywiście jeśli w lewym korycie jest ryczący próg to i w prawym woda musi opaść do tego samego poziomu na przestrzeni około półtora kilometra. Czekają nas dwie niespodzianki.

Pierwsza z nich to zwalone w poprzek nurtu drzewo, które zbierając mniejsze gałęzie zupełnie zatarasowało znaczną część szerokości rzeki. Jedyna możliwość przeprawy (możliwości przenoski zwyczajnie nie ma jeśli nie brać pod uwagę pracowitego wyrąbywania drogi maczetą) to przepłynąć pod obłym konarem na zewnętrznej silnego i szybkiego nurtu. Próbowałem tego swego czasu i wiem jak się skończy. Nurt jest naprawdę szybki i nie ma miejsca na manewry, tak naprawdę nie ma nawet miejsca na to aby ustawić łódkę na właściwym kursie. Oceniam, że zasadniczo nie ma szansy abyśmy zdołali przepłynąć wąskim przesmykiem nie pakując się w krzaki przed nim albo nie klinując się pod spodem z wiadomym skutkiem. Jedyny sposób to wyjść do wody i próbować utrzymać Nulka w nurcie na tyle długo aby trafił w przesmyk, popchnąć mocno nieco odbijając a samemu popłynąć za nim. Asia była nieco zdenerwowana bo ani nie miała ochoty na kąpiel ani nie bardzo chciała zostać w łodzi. Kilka prób i przymiarek przyniosło spodziewany efekt. Na szczęście słońce i ciepło a i woda przyjemnie czysta i miła. Kąpiel dobrze mi zrobiła. Do teraz nie wiem w jaki inny sposób można było pokonać ten przesmyk.

Druga z niespodzianek to konieczność krótkiej przenoski obok drewnianej turbiny wodnej. Wprawdzie opisano to w przewodniku ale nie zaznaczono, że woda w tym miejscu, delikatnie mówiąc traci przejrzystość - wejście boso do rzeki nie wchodzi w grę.

Mijamy Działoszyn i w wodzie pojawiają się dziwne rzeczy. Zmienił się na niekorzyść zapach wody i okolicy, całym nurtem płynie coś co mi przypomina wnętrzności wypatroszonych ryb. Nawet gdybyśmy zauważyli jakieś ładne miejsce na nocleg i tak byśmy się nie zatrzymali. Śmierdzi po prostu. Wiedziałem, że w Działoszynie jest cementownia, zresztą huk kopalni kruszywa jest dominującym dzikiem w otoczeniu ale nie wiedziałem, że mają tam port rybacki z przetwórnią - nie mają. Nie mam pojęcia co to było i skąd płynęło.

Za Działoszynem, gdzieś na wysokości miejscowości Sąsów dopada nas krótki ale rzęsisty deszcz. Asia twierdzi, że to przygrywka przed dłuższymi opadami. Dostrzegam sporą łąkę położoną około metra powyżej lustra wody. Dostęp do rzeki słaby a i okolica jakaś pochmurna ale perspektywa deszczu i zmęczenie robią swoje. Szybko zawracamy i przybijamy. Nie zdążyliśmy okryć Nulka plandeką a już leje jak z cebra. W nieprzemakalnych kurtkach i spodniach wybieramy się na rekonesans terenu. Znaleźliśmy miłe miejsce wśród sosen na przeciwnym do brzegu rzeki skraju łąki. Do wody jest jakieś 80 metrów. Po piętnastominutowym oczekiwaniu na przerwę w ulewie zdejmuję plandekę i zaczynam ją mocować między drzewami. Wiążąc liny widzę "autostrady" mrówek. Jakoś nie mamy ochoty spać w mrowisku i przenosimy miejsce obozowania bliżej brzegu. Stawiamy namiot, rozpinamy plandekę i gotujemy zupkę i herbatkę. Na ognisko nie ma szans. Dostępny opał całkowicie mokry. Mamy na szczęście rezerwę w postaci palnika i pojemnika z gazem. Wrzenie wody na herbatę zbiega się z kolejną falą deszczu. Na szczęście nie wieje mocno i plandeka dobrze trzyma. Z kubkami gorącego napoju w dłoniach siedzimy na progu namiotu i podziwiamy to, co widać - strugi deszczu.

Tego dnia, który z założenia miał być odcinkiem wypoczynkowym przewiosłowaliśmy około 50 kilometrów trzykrotnie pokonując mniej przyjazne dla kanu miejsca. Zmęczeni długo nie możemy zasnąć, słuchamy deszczu bębniącego w plandekę i jej łopotu w porywach delikatnego wiatru. Na szczęście nie musiałem wychodzić ze śpiwora i poprawiać mocowań.

Dzień 4 - 28 lipca 2007.

Ranek wstaje pochmurny ale przynajmniej nie pada. Oglądamy przewodnik wiedząc, że jesteśmy na terenie Załęczańskiego Parku Krajobrazowego. Tego dnia zamierzamy przepłynąć krótki odcinek w całości położony na terenie Parku i rozkoszować się "pięknymi okolicznościami przyrody". Śniadanie jemy leniwie i tak też przygotowujemy się do drogi. Trudny dostęp do wody każe ruszać i szukać miejsca na kąpiel w dole rzeki. Po około dwóch kilometrach trafiamy na lewym brzegu na niewielką plażę, którą uznajemy za doskonałą dla wykonania porannej kąpieli. Hm .... . Jakoś w tej części kraju ludzie wcześnie wybierają się nad rzekę. Na przeciwnym brzegu pojawia się kompletna rodzina w poszukiwaniu dobrego miejsca na namiot. Spojrzenia i słownictwo nie zachwycają. Szybko kończymy mycie.

Około południa spotykamy na rzecze pierwsze poza nami jednostki pływające. W rozlokowanych na brzegach ośrodkach istnieją podobno liczne wypożyczalnie sprzętu (głównie kajaki) i wczasowicze wybierają się na wycieczki. Mija nas grupa czterech kajaków zmierzająca jak się dowiadujemy do Krzeczowa dokąd przyjedzie po nich transport. Po raz drugi spotykamy ich w Bobrownikach (615,7) obok czynnego sklepu spożywczego. Nie mamy potrzeb zakupowych toteż płyniemy sobie leniwie dalej.

Zgodnie z daną samym sobie obietnicą wleczemy się leniwie podglądając przyrodę. Wypogadza się i chwilami jest nawet upalnie. Drugie śniadanko około 14 na wysokim brzegu w okolicach wsi Załęcze Wielkie (przed mostem, 606,5) kończymy drzemką na trawie.

Tereny parku nie zachwycają. Liczyliśmy na efektowne krajobrazy, burzę roślin i form ale nie doczekaliśmy się. Teren jest raczej płaski, lasy rzadko podchodzą do samej rzeki - raczej widać je w oddali.

Rozmyty, kamienisty próg z dużym bystrzem obok ośrodka ZHP Nadwarciański - Gród z powodu niskiego stanu wody nie daje się przepłynąć - przynajmniej my na przepłynięcie się nie decydujemy. Ostrożnie spławiam Nulka wyładowanego sprzętem wśród ostrych kamieni.

Kępowizna - próg przy ośrodku ZHP

Jeśli nie wczoraj to przynajmniej dzisiaj mamy zamiar wcześniej wylądować, wykąpać się, spokojnie rozbić obozowisko i ugotować coś pysznego. Zaczynamy szukać i szukamy tak do około szóstej wieczorem, kiedy przychodzi tradycyjny wieczorny deszcz. Niebo zaciągają ciężkie burzowe chmury i zdaje się, że nie ma co wybrzydzać - trzeba stawać bo może nie być okazji rozbijać namiotu w przerwach między deszczami. Na lewym brzegu mamy niedostępne łąki, na prawym ostrą skarpę z sosnowym lasem - nie bardzo jest jak rozbić namiot. Przed zakrętem rzeki spostrzegamy niewielkie dojście do prawego brzegu i akurat tyle miejsca na piasku aby zmieścić nasz skromny ekwipunek. Lądujemy i natychmiast stawiamy namiot okrywając go plandeką. Wieje coraz mocniej i trzeba mocowania szpilkami, które i tak nie trzymają należycie w piasku podłoża uzupełnić osypaniem plandeki sporą dawką piachu. Konieczne było też maksymalne obniżenie całej konstrukcji tak, że warunki bytowania stawały się coraz to mniej komfortowe.

Pod skarpą na wietrze - okolice Kamiona (591,9)

Dodatkową atrakcją był fakt, że to jedyne miejsce na rozbicie namiotu było właściwie częścią wykorzystywanej przez grzybiarzy ścieżki prowadzącej pomiędzy lasem a rzeką. Jak mówią - nie przeszkadzamy zanadto ;-).

Dzień 5 - 29 lipca 2007.

Noc była niespokojna. Wiało solidnie i plandeka tłukła się o ściany namiotu. Padało też ostro. Z ulgą powitałem świt i przerwę w deszczu - jak się okazało dłuższą, bo po jeszcze jednym niewielkim opadzie zrobiło się pogodnie. Szybko zwinęliśmy obóz i po śniadanku ruszamy w drogę. Plan na dzień obejmuje przeskok do Parku Krajobrazowego Warty i Widawki a po drodze niewielkie zakupy.

Około 2 kilometrów w dół rzeki miejscowość Kamion z długim mostem przez rozlewisko i położonym zaraz za nim progiem wodnym. Opisane w przewodniku miejsce przenoski (prawym brzegiem na odległość około 60 metrów) sprawdza się.

Kamion - próg za mostem

Tym razem moja kolej na wędrówkę po zakupy. Sklep zgodnie z informacją od mieszkańców jest i po lewej od mostu i po prawej od mostu ale mimo, że dalej lepiej iść na lewy brzeg przez most. Sklep sieci ABC solidnie zaopatrzony (nawet mój ulubiony kefir był). W cieniu sklepowego parasola popijając rozmawiałem z mieszkańcami. Opowiadali, że dwa albo trzy lata wcześniej na progu utopiło się dwóch chłopaków, którzy postanowili sforsować go w łodzi. Jeden uderzył głową o głaz - znaleźli go dopiero w okolicy Krzeczowa, drugiego wiry wciągnęły pod próg.

Próg w Łykowie (585,6) obok młyna z dużymi silosami pokonujemy ostrożnie przepływając (oczywiście najpierw wykonaliśmy rekonesans z wody). Ostrzeżenie w przewodniku o kamieniach i betonowych płytach jak najbardziej aktualne.

Siedem kilometrów dalej w Borkowie próg wygląda niewinnie ale rekonesans ujawnia pozostałości konstrukcji lekko schowane w wodzie. Przenosimy wszystko około 80 metrów.

W odległości kilkudziesięciu metrów widzimy dużą grupę ze sprzętem pływającym szykującą się do wyruszenia w drogę. Szybko pakujemy Nulka i zdążamy na spotkanie wodnej braci. Kilka chwil później okazuje się, że to obóz sąsiadów zza południowej granicy (Czesi), którzy wykorzystując autobus marki "Jelcz" (słynnego ogórka) i przyczepę na kanu i kajaki podróżują wzdłuż Warty przepływając co bardziej interesujące odcinki. Dzisiaj płyną do Konopnicy na obrzeżach Parku Krajobrazowego Warty i Widawki. Kilkanaście łódek, kanu i kajaków ale wiosła typowe od kanu. Sporo dorosłych ale większość to młodzież i dzieciaki, które swój kunszt ujawniają na kolejnym progu w Osjakowie (573,5). Wyprzedziliśmy ich po drodze i pierwsi znaleźliśmy się na progu. Wnikliwy rekonesans ujawnił możliwość przepłynięcia i tak też zrobiliśmy. Bystrze spore ale z fartuchami z przewodnika to przesada.

Czesi także ostrożni. Pierwsze dwie łódki rozpoznały teren i wróciły aby zatrzymać resztę. Potem krótka narada i popłynęli jeden za drugim. My zacumowani do krzaków na brzegu najpierw uczestniczyliśmy w sesji zdjęciowej młodej pary (wszak to niedziela przecież była), a potem przyglądaliśmy się przeprawie Czechów. Ładnie to zrobili. Dziwi tylko, że nie poczekali na dwójkę dzieciaków płynących na końcu ale może to była szkółka kajakarstwa górskiego ?

Czesi podczas pokonywania progu

I znowu krótka dygresja na temat przewodnika Marka Lityńskiego. Uważam, że warto wziąć go na spływ Wartą. Wiadomo mniej więcej czego się spodziewać a kiedy już nauczymy się brać poprawkę na własny sprzęt i możliwości wiadomo czy na najbliższej przeszkodzie trzeba będzie wypakowywać kanu czy można będzie myśleć o pokonaniu przeszkody wodą. Czego mi brakowało to zaznaczonych na mapach linii elektroenergetycznych, które w terenie, szczególnie te krzyżujące sie z rzeką są doskonałym punktem orientacyjnym, lepszym niźli wiele innych. Nie zauważyliśmy też większych błędów. Może oznaczone w przewodniku miejsca stromych, podciętych brzegów nie do końca według mojego rozeznania zgadzają się z rzeczywistością - ale przewodnik został wydany w 2004 roku a pisany pewnie jeszcze wcześniej i otoczenie rzeki mogło się w tym czasie zmienić.

Wieczorem tego dnia znajdujemy naprawdę bardzo ładne miejsce na nocleg na wysokim brzegu rzeki ale ze stosunkowo łatwym dostępem do wody. Ponieważ mamy sporo czasu powoli rozbijamy obozowisko, rozpalam ognisko i gotujemy sobie pyszną kolację.

Plandekę trzeba mocować mocno bo zrywa się wiatr. Po kilku chwilach rezygnuję z wysokiego mocowania na drzewach i postanawiam tradycyjnie okryć namiot i zamocować plandekę szpilkami do podłoża, co okazuje się rozsądnym pomysłem zważywszy na rosnącą siłę wiatru.

Tego też dnia wieczorem po raz pierwszy pojawił się obok naszego obozowiska wędkarz, który jakoś nieprzyjaźnie spoglądał w naszym kierunku - może zajęliśmy mu ulubione miejsce, a może po prostu nie bardzo lubił przybyszów. Połowił jednak kilka minut, a że znowu (już tradycyjnie) zaczął padać deszcz odszedł. W nocy oczywiście lało co przeszkadzało w słuchowym kontrolowaniu sytuacji poza namiotem.

Dzień 6 - 30 lipca 2007.

Rankiem lało nadal i tego dnia po raz pierwszy postanowiłem leżeć cichutko tak długo aż Asia się obudzi. W rezultacie wygrzebaliśmy się ze śpiworów już po ósmej rano i to tylko dlatego, że chcieliśmy napić się kawy. Pogoda była taka (silny wiatr i uporczywy deszcz), że na serio zastanawiałem się czy nie przespać całego dnia. Wykonałem telefon do Witka z prośbą o podgląd prognozy pogody i uzyskałem pocieszające wieści - po południu się przejaśni, wiatr nieco ucichnie ale temperatura zdecydowanie spadnie. Ponieważ aura właśnie zaproponowała nam drobną przerwę w opadach, a byliśmy już po śniadaniu szybko zwinęliśmy obozowisko i już "z definicji" owineliśmy cały sprzęt w Nulku plandeką a sami włożyliśmy niezawodne przeciwdeszczowe kurtki i spodnie, które mają i tę zaletę, że dobrze chronią przed wiatrem.

Już wiemy, że kończymy spływ w mieście Warta u brzegów zbiornika Jeziorsko (południowych) zatem nie ma się dokąd spieszyć. Chcemy jeszcze najbliższą noc spędzić w granicach Parku a potem szybkim skokiem pokonać około 30 kilometrowy dystans dzielący granice Parku od Warty.

Płyniemy zatem leniwie, przeważnie w strugach padającego deszczu, zwykle pod wiatr - w każdym razie nie jest to najmilszy dzień. Rzeka też nie jest szczególnie atrakcyjna. Zachwalane uroki Parku Krajobrazowego Warty i Widawki być może z powodów meteorologicznych nie wydały nam się szczególnie interesujące. Być może należało jednak przespać ten dzień albo przynajmniej poczekać na koniec opadów - bo przecież po południu przestało w końcu padać a i wiatr nieco zelżał.

Po przepłynięciu progu wodnego w Jarocicach (554,8) zgodnie z przewodnikiem ostatniej takiej konstrukcji aż do tamy zbiornika Jeziorsko byliśmy pewni, że przenoski mamy za sobą. Jednak nie jest to prawda. Wydaje się, że około 800 metrów za Tyczynem (541,3) w miejscu gdzie na mapie oznaczony jest prom faktycznie jest całkiem spory próg wodny - zdjęcie poniżej. Nie jestem pewien lokalizacji. W pobliżu brak jasnych punktów odniesienia a nie miałem ze sobą GPS'a.

Próg w okolicach Tyczyna

Jak widać na zdjęciu przeszedł front i przestało padać, jednak temperatura za frontem była wyraźnie niższa. Świeciło słońce i nadrabiało chłód powietrza ale i tak wkładaliśmy flanelowe koszule.

Dwadzieścia kilka kilometrów przewidzianych w planie na ten dzień przepłynęliśmy bez dalszych niespodzianek, za to późnym popołudniem znaleźliśmy najlepsze miejsce noclegowe na całej trasie. Po raz pierwszy jak wspomina Asia nie musieliśmy sprzątać przez rozbiciem namiotu i rozłożeniem obozu. Miejsce pod namiot wśród niewielkich drzew, rzeka w zasięgu ręki choć około 1,5 metra niżej, zielona gęsta trawa na polanie i sosnowy las obok. Wszystko jak trzeba.

Ostatni biwak

Długo siedzieliśmy przy ognisku. Było zimno ale powietrze rześkie i przejrzyste, wiatr niewielki, cisza i spokój - zupełnie jakbyśmy dopiero zaczynali a nie już kończyli. Choć może zawsze tak jest - że ostatniego wieczoru nad wodą zaczyna być żal, że to już koniec?

Dzień 7 - 31 lipca 2007.

Na ten dzień pozostał nam około trzydziestokilometrowy przeskok z Parku do Warty. Po drodze nie spodziewaliśmy się żadnych atrakcji. Rzeka w tym rejonie jest szeroka i płynie spokojnymi, prostymi odcinkami. Wcześniej nieco dokuczające mielizny właściwie zanikają i nie trzeba już tak często opuszczać pokładu. Nie ma też znaczących przeszkód, dwa promy i jedna pogłębiarka to żaden problem.

Na tym odcinku najbardziej dokuczał nam wiatr. Wiało z zachodu i północnego zachodu a zatem niemal cały czas ostro z dziobu albo wprost w dziób.Trzeba było ostro wiosłować i trzymać się możliwie blisko lewego brzegu chroniąc się w ten sposób przed bezpośrednim naporem rozpędzonego powietrza.

Wiedząc, że to już końcówka i zmagając się z przeciwnym wiatrem z ulgą powitaliśmy most linowy w Sieradzu tuż za dobrze utrzymaną plażą miejską - pustą w taką pogodę.

Most linowy w Sieradzu - kładka dla pieszych

Jeszcze tylko kilka kilometrów i Nulek leży na brzegu, wypucowany i gotowy do transportu. Błonia przed mostem w Warcie zapewniają sporo miejsca i wygodny dostęp z brzegu. Łatwo też tam dojechać samochodem - za mostem jest urządzony wygodny zjazd na wał przeciwopowodziowy a z niego na błonia.

Wypucowany Nulek

Skończyła się nasza tegoroczna przygoda z Wartą. Gdybym miał wyrazić swoją opinię to może więcej czasu należy poświęcić górnemu biegowi rzeki. Jest ciekawszy zarówno z krajobrazowego jak i "wodniackiego" punktu widzenia. Trochę nam żal pierwszego odcinka z Częstochowy do Mstowa, którego z powodów o których już było nie przepłynęliśmy.

Być może w pierwszą sobotę i niedzielę września popłyniemy z Uniejowa do Konina aby zobaczyć także i ten odcinek rzeki, być może kiedyś wybierzemy się na spływ z Konina do Kostrzyna u ujścia Warty do Odry. Na przyszły rok z pewnością coś wybierzemy.

A tymczasem mamy nadzieję pojawić się na dorocznym zlocie kanu, w drugi piątek września.

Zbyszek Niemczewski