Zakończył się XI zlot Kanu. Należy się parę słów sprawozdania, informacji dla nieobecnych i parę uwag na zakończenie dekady naszych spotkań.

Historia - 10 lat temu, wiosenną porą, gdy stałem przy stosie wydartych świeżo z drukarni „KANU” (nakład już dawno wyczerpany, czy będzie II wydanie poprawione, to zależy od prężności środowiska i chłonności płytkiego - jak się okazuje - rynku) wśród nabywców owego milowego dzieła była i Ewa, jak i Wojtek z Rafałem. I to w tym gronie powstała propozycja spotkania sympatyków kanu, która przerodziła się w konkretne działanie, które zaowocowało I Zlotem. Relacja z niego jest dostępna na stronie. Później były kolejne zloty, w różnych miejscach (ale z przewagą kierunków mazurskich). Jubileuszowy, miał miejsce w zeszłym roku na Czarnej Hańczy, tegoroczny nad Kanałem Elbląg - Ostróda, przy pochylni Buczyniec.

Dzięki Krzysztofowi „Jaszczurowi” spotkanie zostało sprawnie przygotowane, co na plus, to poniżej:

Samo spotkanie miało charakter stacjonarny. Piątkową porą, gdy kolejni uczestnicy się zjeżdżali lało i lało. Za to od sobotniego ranka było już spokojnie, chociaż pochmurnie. Po śniadaniu, przy zarządzonej dyscyplinie wyjazdowej, wszystkie pojazdy uformowały konwój i ciekawą, na ¼ terenową trasą pojechaliśmy na miejsce startu. Sprawny rozładunek łodzi i powrót kierowców do obozowiska, skąd wróciliśmy na start autobusem (plus dla Krzysztofa - sprawna logistyka). A po wodowaniu, płynęliśmy Kanałem pokonując kolejno pochylnie, jak na załączonym obrazku.

Wpłynięcie łódką na pochylnię i ruszanie wózka dostarcza pewnych wrażeń wzrokowo-przestrzennych. Gdy łódka (łódki) osiada na podporach pozostaje tylko obserwacja krajobrazu i toczącego się wózka z przeciwnego kierunku. Można zadumać się nad genialnością projektanta Steenke, który musiał to wszystko ogarnąć. Pochylnie, w szczególności, są arcydziełem inżynierii. Uwaga praktyczna - kajak, czy kanu to tak mały pławobiekt, że trzeba uważać, zarówno przy wyjeździe wózka z wody, jak i przy zanurzaniu. Zaczepiony dziób lub rufa o pomost na wózku i wywrotka gotowa. Było ciepło jednemu z koleżeństwa, gdy udało się wyszarpnąć rufę spod pomostu. A zostały jeszcze tylko 2 cm wolnej burty.

W sobotę pokonaliśmy 4 pochylnie. Atmosfera leniwa z wyjątkiem tych sytuacji, gdy na moim celowniku znaleźli się nowicjusze używający wyłącznie odepchnięcia sterującego (goon stroke). Zaraz był demonstracja kciuk dół, kciuk góra, o co chodzi w uderzeniu J i bardziej finezyjnym od niego, uderzeniu kanadyjskim. Mam nadzieję, że wybaczą mi ci, którzy się na to załapali. Wierzę, że będzie to z korzyścią dla ich postępów w opanowywaniu sztuki wiosłowania. A dla pozostałych to był czas relaksu i okazja do rozmowy na dowolny temat.

Odległości pomiędzy pochylniami nie były duże, więc program dnia udało się zrealizować wcześnie i zgodnie z szeroko propagowaną przeze mnie zasadą: „mniej wiosłowania, a więcej gadania”. Był zatem w obozie czas na obiad i na spotkania i pogawędki, a wieczorem zapłonęły ogniska. Jak zwykle, trochę się to przeciągnęło.

Niedzielnym porankiem można było obejrzeć inscenizację aktu erekcyjnego Kanału. Stawiliśmy się licznie, z wiosłem, jako identyfikatorem. Kuba miał zresztą okazję wziąć czynny udział w akcie, gdyż był członkiem załogi wikińskiego statku, który robił za szkunę wiozącą gości w ramach onego aktu. Potem był czas na zwiedzanie muzeum - warto to zrobić bez presji czasowej - łącznie z maszynownią. Daje się wyczuć duch XIX-wiecznej techniki. Prostota i solidność rozwiązań oraz pewna elegancja formy.

Środek dnia to przejazd pochylnią Buczyniec (mamy w ten sposób komplet) i krótki spacer wodą. Słońce, zielony las porastający brzegi i takowyż odbity w wodzie. W którymś momencie trzeba było zawrócić. A potem to tradycyjne pakowanie i pożegnania, oraz „do zobaczenia” (najczęściej na forum.kanu.pl).

Pole opustoszało, zostaliśmy w małym gronie. My czekaliśmy na znajomych z Holandii, z którymi umówiliśmy się na Czarną Hańczę. Piotr z rodziną czekał „do jutra”, aby nie wracać w niedzielnych korkach. Rozpoczął się następny etap wyprawy - uwerturą był sympatyczny wieczór z rozgwieżdżonym niebem przy kosztowaniu polskich i holenderskich trunków. A nazajutrz pakowanie, pożegnanie z Piotrem, Dziadkiem i … kierunek Augustów. A dalej to już temat na następną opowieść.

Kilka ekstrasów

Kilka refleksji

A po zlocie - część z nas udała się na rekonesans do Tumian, gdzie wstępnie zaplanowany został XII Zlot w 2011 r., a my wybraliśmy się po 10 latach ponownie na Czarną Hańczę i Kanał Augustowski, finalizując nasze rozjazdy udziałem w zlocie niemieckim koło Berlina.

I to na tyle.

Andrzej Sałaciak

PS
Część fotograficzna relacji :)
















































































______________________________