Zakończył się XI zlot Kanu. Należy się parę słów sprawozdania, informacji dla nieobecnych i parę uwag na zakończenie dekady naszych spotkań.

Historia - 10 lat temu, wiosenną porą, gdy stałem przy stosie wydartych świeżo z drukarni „KANU” (nakład już dawno wyczerpany, czy będzie II wydanie poprawione, to zależy od prężności środowiska i chłonności płytkiego - jak się okazuje - rynku) wśród nabywców owego milowego dzieła była i Ewa, jak i Wojtek z Rafałem. I to w tym gronie powstała propozycja spotkania sympatyków kanu, która przerodziła się w konkretne działanie, które zaowocowało I Zlotem. Relacja z niego jest dostępna na stronie. Później były kolejne zloty, w różnych miejscach (ale z przewagą kierunków mazurskich). Jubileuszowy, miał miejsce w zeszłym roku na Czarnej Hańczy, tegoroczny nad Kanałem Elbląg - Ostróda, przy pochylni Buczyniec.

Dzięki Krzysztofowi „Jaszczurowi” spotkanie zostało sprawnie przygotowane, co na plus, to poniżej:

  • Fajnie przygotowane i bezpłatne nowiutkie pole campingowe koło pochylni. Jeszcze trochę inwestycji, szczególnie w węzeł sanitarny w ramach pobożnych życzeń.

  • Zmiana programu, która spowodowała, że zamiast tłuc się na jakiejś egzotycznej rzeczce popłynęliśmy kanałem i pokonywaliśmy słynne pochylnie. Warto było.

  • Zabezpieczenie obozowiska na czas nieobecności uczestników zlotu.

  • Bezpłatne materiały informacyjno-promocyjne, łącznie z planami i mapkami.

  • Inscenizacja historyczna aktu erekcyjnego Kanału Oberlandzkiego, jaki miał miejsce 150 lat temu, właśnie przy pochylni Buczyniec, gdzie zresztą znajduje się muzeum kanału. Wprawdzie było to niezależne od Krzysztofa, ale na plusa się złapał.

Samo spotkanie miało charakter stacjonarny. Piątkową porą, gdy kolejni uczestnicy się zjeżdżali lało i lało. Za to od sobotniego ranka było już spokojnie, chociaż pochmurnie. Po śniadaniu, przy zarządzonej dyscyplinie wyjazdowej, wszystkie pojazdy uformowały konwój i ciekawą, na ¼ terenową trasą pojechaliśmy na miejsce startu. Sprawny rozładunek łodzi i powrót kierowców do obozowiska, skąd wróciliśmy na start autobusem (plus dla Krzysztofa - sprawna logistyka). A po wodowaniu, płynęliśmy Kanałem pokonując kolejno pochylnie, jak na załączonym obrazku.

Wpłynięcie łódką na pochylnię i ruszanie wózka dostarcza pewnych wrażeń wzrokowo-przestrzennych. Gdy łódka (łódki) osiada na podporach pozostaje tylko obserwacja krajobrazu i toczącego się wózka z przeciwnego kierunku. Można zadumać się nad genialnością projektanta Steenke, który musiał to wszystko ogarnąć. Pochylnie, w szczególności, są arcydziełem inżynierii. Uwaga praktyczna - kajak, czy kanu to tak mały pławobiekt, że trzeba uważać, zarówno przy wyjeździe wózka z wody, jak i przy zanurzaniu. Zaczepiony dziób lub rufa o pomost na wózku i wywrotka gotowa. Było ciepło jednemu z koleżeństwa, gdy udało się wyszarpnąć rufę spod pomostu. A zostały jeszcze tylko 2 cm wolnej burty.

W sobotę pokonaliśmy 4 pochylnie. Atmosfera leniwa z wyjątkiem tych sytuacji, gdy na moim celowniku znaleźli się nowicjusze używający wyłącznie odepchnięcia sterującego (goon stroke). Zaraz był demonstracja kciuk dół, kciuk góra, o co chodzi w uderzeniu J i bardziej finezyjnym od niego, uderzeniu kanadyjskim. Mam nadzieję, że wybaczą mi ci, którzy się na to załapali. Wierzę, że będzie to z korzyścią dla ich postępów w opanowywaniu sztuki wiosłowania. A dla pozostałych to był czas relaksu i okazja do rozmowy na dowolny temat.

Odległości pomiędzy pochylniami nie były duże, więc program dnia udało się zrealizować wcześnie i zgodnie z szeroko propagowaną przeze mnie zasadą: „mniej wiosłowania, a więcej gadania”. Był zatem w obozie czas na obiad i na spotkania i pogawędki, a wieczorem zapłonęły ogniska. Jak zwykle, trochę się to przeciągnęło.

Niedzielnym porankiem można było obejrzeć inscenizację aktu erekcyjnego Kanału. Stawiliśmy się licznie, z wiosłem, jako identyfikatorem. Kuba miał zresztą okazję wziąć czynny udział w akcie, gdyż był członkiem załogi wikińskiego statku, który robił za szkunę wiozącą gości w ramach onego aktu. Potem był czas na zwiedzanie muzeum - warto to zrobić bez presji czasowej - łącznie z maszynownią. Daje się wyczuć duch XIX-wiecznej techniki. Prostota i solidność rozwiązań oraz pewna elegancja formy.

Środek dnia to przejazd pochylnią Buczyniec (mamy w ten sposób komplet) i krótki spacer wodą. Słońce, zielony las porastający brzegi i takowyż odbity w wodzie. W którymś momencie trzeba było zawrócić. A potem to tradycyjne pakowanie i pożegnania, oraz „do zobaczenia” (najczęściej na forum.kanu.pl).

Pole opustoszało, zostaliśmy w małym gronie. My czekaliśmy na znajomych z Holandii, z którymi umówiliśmy się na Czarną Hańczę. Piotr z rodziną czekał „do jutra”, aby nie wracać w niedzielnych korkach. Rozpoczął się następny etap wyprawy - uwerturą był sympatyczny wieczór z rozgwieżdżonym niebem przy kosztowaniu polskich i holenderskich trunków. A nazajutrz pakowanie, pożegnanie z Piotrem, Dziadkiem i … kierunek Augustów. A dalej to już temat na następną opowieść.

Kilka ekstrasów

  • Jarek „Fifan” wyruszył na zlot z Warszawy. Na pokonanie całej trasy (Wisłą, Nogatem, i Kanałem) nie starczyło w owych warunkach (deszcze, wmordewind) czasu i trzeba było ściągać go z Grudziądza, ale sam pomysł był z „jajem”.
  • Wyjaśniła się sprawa zatopionego przez Fifana GPS-u marki Garmin. Parę lat temu, gdy byliśmy nad Drawą w ramach wiosennego spotkania kanu, na odcinku Drawsko Pomorskie - J. Lubie, który jest po prostu upierdliwy - same krzaczory - Fifan, jak i wielu uznanych canoeiros, miało wywrotki. Wśród strat Fifana był też GPS, który wisiał po prostu na szyi i po wywrotce zatonął. Taki był status dotychczas mi znany. Jak się okazało, Fifan napisał do Garmina z prośbą o podanie ostatnich współrzędnych, jakie uzyskano z satelity i w trzy lata po zdarzeniu, nad Drawę udała się ekspedycja poszukiwawcza z płetwonurkiem w składzie. Udało się tego GPS-a odnaleźć, blisko 1 m pod wodą. GPS został dostarczony do serwisu, który orzekł, że urządzenie jest sprawne, Garmin je zatrzymuje, a Fifan może sobie wybrać GPS, jaki mu się podoba, co też uczynił. Ten wymoczony model miał gwarantowaną 1 godzinę pod wodą na głębokości 0,5 m, wytrzymał 3 lata, głębiej. Jest fajny fant marketingowy.

  • Ilu z nas jadąc na zlot lub wracając zwróciło uwagę na drogowskaz [Nowe Guty 4 km. Tam, na górce nad Śniardwami był właśnie I zlot. My skręciliśmy i na oną górkę (podejrzewam że kryjącą starożytne grodzisko) zawędrowaliśmy. Porośnięta trawą, jak poprzednio, wiata służąca za składzik i, co najważniejsze, chroniona przez 4 słupki jodła kalifornijska, która została posadzona na pamiątkę pierwszego zlotu. Jak rośnie - widać na foto. Ciekawostką jest jej rozdwojenie - pnie rozdzielają się tuż nad ziemią. Może nawiązać do tego akcentu i w podczas kolejnych zlotów można by sadzić „pamiątkowe drzewa”?

Kilka refleksji

  • Dziesięć lat szybko przeminęło. W tym czasie poznaliśmy się, była sposobność do zawiązania bliższych znajomości, czy wręcz przyjaźni. Cenne jest to, że wszyscy zainteresowani „kulturą kanu”, którzy rozrzuceni byli po kraju i samodzielnie pączkowali uzyskali możliwość wymiany informacji, poglądów, przetestowania zarówno łódek, jak i wioseł, czy zawarcia osobistych znajomości. Dla wielu z nas zloty były okazją do wyrwania się (w większości na krótko) „na wolność”, jaką była możliwość spędzenia weekendu w sympatycznym gronie, na wodzie.

  • Następuje również przemiana pokoleniowa. O ile dotychczas, pod nieobecność Ewy i Piotra wszystkie kluczowe decyzje co do czasu i miejsca zlotu były konsultowane ze mną, to przyszłe imprezy będą już w wyłącznej gestii Krzysztofa „Jaszczura” i Radka. Mam nadzieję, że potrafią zgodnie współpracować i pojawią się nowe formy popularyzacji kanu.

  • Niedawno - w sierpniu br. Otrzymałem propozycję od Wojtka - szefa Komisji Turystyki Polskiego Związku Kajakowego zamieszczenia informacji o zlocie w oficjalnym kalendarzu imprez PZK. Jest temat do przedyskutowania. Ja optowałbym za, ale są też głosy przeciw, aby charakter imprezy był nadal taki kameralny. Sądzę, że zamieszczenie info nie spowoduje masowego najazdu nowych twarzy, a zawsze jest szansą dla tych, którzy chcieliby rozszerzyć swoją wiedzę. Każdy z uczestników też kiedyś przybył na zlot pierwszy raz.

  • Charakter mobilny, czy stacjonarny. Urok, romantyka, czy wygoda? Zloty robią się wielopokoleniowe, więc pewnie będzie dominował model stacjonarny, co jest zrozumiałe. Powinien być jednak akcent wspólnego płynięcia przez 4, max 5 godzin (z przerwami), tak, aby był czas na integrację po pływaniu.

  • Doświadczenie pokazało, takie jest moje spojrzenie, że spływy mobilne miały za dużo wiosłowania i za mało było wspólnie spędzanego czasu. Rozbijanie namiotów, gotowanie papu są integralnymi elementami celebry kanuowania - i jest to fajne na wyprawie - tutaj zabiera ten cenny czas, gdy jesteśmy razem.

  • Zlot w pełni stacjonarny - takie organizowane są w Niemczech (kapitalne imprezy!) - jest pozbawiony tego elementu, że wszyscy są na wodzie i razem przemieszczamy się w krajobrazie. Kanu na wodzie, bambetle i papu załadowane - oj, jest poczucie wolności.

  • Ważne jest, aby było tylko 1 ognisko. Żywy ogień przyciąga i raczej nie chce się od niego odchodzić. A zajęcia w podgrupach - tylko przy lampie - najchętniej stylowej marki JUPITER - im niższy numer, tym bardziej stylowo.

  • Może przykładem Węgrów, z którymi spotkałem się nad Rzeką Bobrów - kociołek nad ogniem i gotowanie zupy lub gulaszu?

  • Czy, kiedy i po co formalizować nieformalne stowarzyszenie kanuistów? Sądzę, że jeszcze nie ma takiej potrzeby, ale w przeciągu 10 lat pojawi się kilka czynników, które będą przemawiały za. Czas pokaże.

A po zlocie - część z nas udała się na rekonesans do Tumian, gdzie wstępnie zaplanowany został XII Zlot w 2011 r., a my wybraliśmy się po 10 latach ponownie na Czarną Hańczę i Kanał Augustowski, finalizując nasze rozjazdy udziałem w zlocie niemieckim koło Berlina.

I to na tyle.

Andrzej Sałaciak

PS
Część fotograficzna relacji :)
















































































______________________________