Tym, którzy byli, lektura przypomni co ciekawsze momenty, tym którzy nie byli, pozwoli na chociaż częściowe poznanie atmosfery panującej na zlocie.

Port diuna (www.diuna.com.pl) powitał nas burzą - przydała się, albowiem na Mazurach nie było porządnego deszczu od kilku miesięcy. Popołudniową porą zaczęli pojawiać się uczestnicy zlotu - pionierowie z pierwszego, którzy nie dotarli w zeszłym roku i dużo, dużo nowych twarzy. Nasi gospodarze - Ewa z Piotrem przywitali nas bardzo, bardzo serdecznie. I tak po kolei przed hangarem prezentowały się najrozmaitsze konstrukcje. Prym, rzecz jasna, wiodła Wojtkowa salonka, ale było kilka nowych  i interesujących konstrukcji. I rozpoczęły się pogaduchy. Chyba właśnie taka spokojna atmosfera, gdzie można było z każdym wymienić poglądy, czy o coś się zapytać, gdy wytwarzało się poczucie, że jesteśmy razem tu i teraz przeniosła się na następne dni.

A nazajutrz rano - testowanie łódek, poranny rozgardiasz, pakowanie sprzętu. Pojawia się Siacho z nowym drewnianym prospectorem, który został specjalnie wykonany  dla Ewy i Piotra. Można nacieszyć oko. Jest też okazja przetestować Biebrznietą Narwiankę - flagowy okręt diunnej flotylli. Da się manewrować solo na pagaju, wiec zostaje zakwalifikowany jako kanuoid (fachowcy określiliby toto jako pram).

I tak spokojnie wyruszamy luźnym szykiem na jezioro. Pogoda dopisuje i ogólny kurs na Pranie. Można zwiedzić muzeum, chwila zadumy, lektura niektórych wierszy będzie impulsem, aby po powrocie wybrać się do biblioteki.

Po wizycie w muzeum obieramy kurs na Zamordeje Małe. Miejsce postoju - Binduga Harcerska. Ładne miejsce, chociaż dla rozruszania kości mamy parę kursów z towarem pod ostrą, piaszczystą górę. Jest zagrożenie pożarowe, więc nie będziemy palili ogniska. Reszta jest OK. Śmieci po żeglarzach - jak zwykle massa.

Po rozbiciu obozowiska schodzimy nad wodę i rozpoczynają się igraszki. Za ćwiczebny okręt służy Adventurer (nazwa chyba od Adwentu) projektu i wykonawstwa Radka. Na początek podtapianie i próby solo opróżnienia z wody wypychaniem (rezultat na dostateczny =), następnie przerzutka (capistrano flip) we dwóch (nieźle, ale sporo wody zostało), rozpędem przećwiczyliśmy metodę T opróżniania kanu z wody przy pomocy drugiej jednostki (trwało to poniżej 10 s). Na koniec rozpoczęły się zmagania - wejście do kanu z wody. preferowana była metoda wciągania się po rozpórce centralnej. Młodsze pokolenie radziło sobie raczej bez problemów, starsi pół na pół (piszący zalicza się, póki co, do tej mniej sprawnej połówki). Po spokojnym rozważeniu tej spontanicznej akcji można wysnuć szereg konkretnych i konstruktywnych wniosków, które zamieszczam na końcu.

Wieczór upłynął na pogaduchach. Dynamicznie zmieniające się grupki i podgrupki pozwoliły na integrację rozczłonkowaną, jako, że nie było ogniska.

A nazajutrz - dla rannych ptaszków pływanie we mgle przy wschodzącym słońcu, później, dla wszystkich nieśpieszne śniadanie, pakowanie i portażowanie dóbr do podnóża bindugi. I majestatycznie wyruszamy ku wejściu do zatoki, a nastepnie obieramy kurs na koniec J. Nidzkiego. Jest i oktamaran i popasik i poczucie, że ten bardzo sympatyczny czas zbliża się ku końcowi. Zlot kończy się w Jaśkowie. Diuna zapewniła transport kierowców, więc wkrótce pakujemy łódki i do domu. Nawet nie ma okazji pożegnać się ze wszystkimi. No to do zobaczenia za rok.

W tym roku mieliśmy obsługę medialną - towarzyszyło nam WIOSŁO w osobie Adama, który solo przewiosłował trasę. Adam - czekamy na relację.

Zlot wieńczy sezon - a może warto pomyśleć o jakiejś inauguracji przyszłorocznego sezonu?

3-mka
Andrzej Sałaciak

A oto niektóre z wniosków, jakie nasunęły się po naszych igrcach:

  • Należałoby przygotować "warsztaty", na których można by pokazać i przećwiczyć procedury po wywrotce kanu (na początku akwen typu jezioro).

  • Każdy powinien letnią porą przetestować, co potrafi zdziałać po wywrotce kanu ( w warunkach rzeczywistych dochodzi szereg czynników zmniejszających margines bezpieczeństwa (temperatura wody, ubranie, ładunek  w kanu, stres, ...).

  • Należy bezwzględnie posiadać kamizelki asekuracyjne; powinny one posiadać pas krokowy, co zapobiegałoby unoszeniu się kamizelki i pozwoliłoby na w miarę swobodne pływanie. Są zresztą takowe, ale nie miałem okazji ich wypróbować. Bez kamizelek przerzutka jest trudna do wykonania.

  • Cuma dziobowa (i rufowa jak jest) muszą być sklarowane i zaciśnięte gumą - przy zmaganiach z łódką o zaplatanie się w nią jest bardzo łatwo, co wyszło zresztą w naszym doświadczeniu, gdzie okazały się być dwie cumy luzem.

  • Przed przystąpieniem do opróżniania zalanego kanu z wody (przerzutka lub metoda T) należy je odwrócić dnem do góry, aby wewnątrz powstała jak największa poduszka powietrzna. W tym celu z pozycji dnem do dołu obrócić je trzeba na burtę (wnętrzem do odwracającego) i następnie ciągnąć do góry. Gdy jest już wysoko, ciągnąć do siebie górną krawędź i wypychając dolną, należy przewrócić je dnem do góry).

  • Metoda T* jest szybka i skuteczna. Warto ją przećwiczyć, być może właśnie to my będziemy udzielali takiej pomocy innym.

  • To co wydaje się być łatwe do zrobienia na gładkiej wodzie, może być niemożliwe do wykonania w rzeczywistych warunkach. O wywrotkę lub zalanie przez falę jest łatwiej na wzburzonej wodzie. Co wtedy? Pierwsze - nie należy się wywracać (odpowiednia technika i wiedza zarówno o wyborze trasy, jak i o manewrowaniu w trudnych warunkach), po drugie - umieć rozsądzić, czy posiadane umiejętności sprostają aktualnym warunkom pogodowym (może lepiej gotować herbatę na brzegu). Ostatecznie, jak powiada Siacho (jeden z klasyków w Polsce) - "tchórze żyją dłużej". No i po trzecie - trzeba przewidywać (pogodę, trudności, nasze możliwości, ...). Skoro jednak jesteśmy już w zalanym kanu, to można - i tu temat do wymiany zdań)

_______________
* Metoda T polega w skrócie na tym, że zalane kanu jest w pozycji do góry dnem wciągane na kanu ratowników ustawione prostopadle (stąd T). Po wciągnięciu 3/4 wystarczy ułożyć je poziomo (opróżni się całkowicie), odwrócić i zsunąć puste do wody.