Szanowne Siostry i Szanowni Bracia po wiośle,

Minęły już przeszło dwa miesiące od zakończenia II zlotu nieformalnego Stowarzyszenia Kanuistów i i dopiero teraz przedstawiam krótką relację. Zlot miał miejsce w Piszu w pierwszy weekend września. Oficjalnie rozpoczął się w piątek po południu, ale dla mnie był ukoronowaniem dziesięciodniowego pobytu na szlaku. Wcześniej mieliśmy przyjemność zanurzyć wiosła w wodach Omulewa (to zasługuje na osobną relację), zwiedzić dopływ Krutyni - Krawienkę i machnąć odcinek z Babięt do Jez. Mokrego.

Zlot dla mnie rozpoczął się w momencie, gdy zapychając per pedes ze Zgonu do Babięt zobaczyłem zieloną Pandę (nie mylić z pandą) z drewnianym kanu na dachu. Machnąłem ręką i okazało się, że to ekipa z Raciąża zapychała już na zlot. Gadu gadu, i już Tomek zawozi mnie do stanicy. Spokojny powrót i już na zlot jedziemy w dwa auta. Na miejscu (camping Roś) meldujemy się wczesnym popołudniem. Jest więc okazja porozmawiać z niewidzianym od roku towarzystwem i wypróbować listewkowego RAMBLERA. Jest to kanu wzorowane na kanadyjskiej konstrukcji o długości 15 stóp, wykonane w technologii WEST (drewniane listewki pokryte obustronnie laminatem epoksydowo-szklanym). Szefem produkcji jest Radek, którego poznałem w Internecie. Do budowy zachęcił go reportaż z budowy Mattawy. Najpierw pomysł, później lektura książki Gilpatricka i zdobycie linii teoretycznych w sieci. Potem pozostało już "tylko" trasowanie szablonów w w skali 1:1 i zrobienie łódki. To jest pierwsze kanu ekipy (do Radka dołączyli Tomek, Jurek i Andrzej), tak więc po opływaniu trzeba będzie zmienić kilka rzeczy. Takim kluczowym punktem, jak ma się już gotową skorupę kadłuba, jest rozmieszczenie ławek względem środka długości i wysokość zawieszenia nad dnem. W mądrych książkach podawane są opisy, ba, wzory matematyczne, ale mało kto podaje konkretne wymiary (w centymetrach lub calach). Tak więc RAMBLER będzie poddany jeszcze operacji przesunięcia ławeczek (do przodu i do tyłu), tak, aby po rozchyleniu nóg można było się zaprzeć o listwy wewnętrzne.

Radek i Tomek na RAMBLERZE

Radek zresztą zapowiada, że budowa następnej łódki, która już powstaje będzie należycie dokumentowana, co pozwoli w przyszłości na powstanie poradnika w tej materii.

Tak więc popływaliśmy na Ramblerze, potem do testowania dla chętnych poszedł prospector. Obie łódki posiadają stosunkowo wysoko podwieszone ławeczki ( jak w klasycznych konstrukcjach kanadyjskich) i z racji zaokrąglonego dna (shallow arch) wydają się chybotliwe. Mądrzej mówiąc, mają stosunkowo niewielką stateczność początkową. Stateczność jednak rośnie w miarę przechyłu i można takie łódki swobodnie prowadzić z listwą krawędziową dotykającą powierzchni wody. Kontrolowanie przechyłu pozwala na stosowanie skrętów ciętych (carving), które są jednym z elementów techniki wiosłowania w stylu wolnym (freestyle). Pozostałe kanu przyjechały dopiero wieczorem i dalsze testy pozostały na następne dni.

Wieczorem, zanim jeszcze zapłonęło ognisko, wszyscy zainteresowani zebrali się w sali kominkowej aby wspólnie obejrzeć "Path of the Paddle" Billa Masona. Doskonały instruktaż klasycznego wiosłowania (to, co prezentuje nieżyjący już guru nosi już oficjalną nazwę Classic Canadian Style) i uroki kanadyjskiej puszczy stanowiły wstęp do dalszego ciągu wieczoru. Pokusiłem się zresztą o tłumaczenie filmu "on line", co uczyniło film bardziej zrozumiałym dla tych nielicznych, którzy nie kumają po angielsku.

Zapadł zmierzch i pod niebo wzbiły się płomienie zlotowego ogniska. Było o czym porozmawiać, "świeża krew" wydobyła gitary i było nie tylko wesoło, ale i muzykalnie. Repertuar wszelaki, łącznie z żeglarskim i turystycznym. Brakło przy ogniu nieobecnych pionierów sprzed roku. Było już późno, jak rozeszliśmy się do namiotów.

Nazajutrz rano nieśpieszne wstawanie. Do miasta na zakupy płynie się łódką, a nie na piechotę lub, co gorsza, samochodem. A po śniadaniu, pakowanie, ustalenie szyku, wodowanie i wio, na Roś. Plany w zakresie wiosłowania są raczej nieambitne - łącznie dwudniowa trasa ma liczyć 36 km, co ma pozwolić na większą integrację - pływać to każdy może co dzień, a spotykamy się raz do roku.

Krzysztof z Natalią. Na kanu pływa już następne pokolenie - uzależnienie może być dziedziczone.

Jezioro Roś przypomina wielką literę Z. W planach mamy dotarcie do Jez. Białoławki. Do celu dotrzemy przed wieczorem zatrzymując się po drodze na dwa popasy.

Podsłuchana rozmowa na mostku pomiędzy młodym pokoleniem kanu: " Podoba mi się ta łódka. Ta niebieska? Niee, ta drewniana. Zresztą, ta niebieska też jest ładna". Rozumiem to uleganie czarowi drewnianego kanu, sam zresztą na takowe chorowałem i może wreszcie zwodujemy Prospektora 17 przed przyszłorocznym sezonem.

Drugi popas już po opuszczeniu jeziora. Płyniemy pod niewielki prąd.

Przeszkód na szlaku ZERO, nie licząc jednego niewielkiego sztucznego progu. Mała kucha przy przeciąganiu i koleżeństwo ma kanu na wpół wypełnione wodą. Cenności ocalały, ale to, co nie było schowane do worków uległo zamoczeniu. Na nieprzewidywalne sytuacje, które mogą się zdarzyć każdemu i w każdym miejscu trzeba być przygotowanym; czyli worki lub beczki i ich konsekwentne zamykanie przed zanurzeniem wioseł w wodzie.

Wspólne pokonywanie progu pod prąd. Poziom wody i niewielka prędkość nurtu pozwoliły na przeciągnięcie łódek przez koronę i obeszło się bez przenoski.

Na otwartej toni jezior wiatr się nieco wzmagał i można było przetestować prospektora na fali z pełnym obciążeniem. Na kursach z wiatrem była też możliwość sprawdzenia szybkości pod ożaglowaniem typu parapli. Prospektor pokazał się z jak najlepszej strony. Dzięki kilkudziesięciu kilogramowemu obciążeniu udało się uzyskać odpowiedni trym - wszystkie ciężkie bambetle pomieściły się w przedniej połowie i łódka miała nareszcie szansę popływać poziomo.

Po drodze przecinamy Jez. Kocioł. Nazwa w pełni odpowiada kształtowi. Pogoda w miarę dopisuje - nie pada, ale w miarę, jak kończy się dzień, niebo zaciąga się chmurami. Na nocleg rozkładamy się na prawym brzegu rzeki wpadającej do jeziora. Gdy już wszyscy rozbili namioty, znalazła się chwila na zebranie się przy ognisku.

Rankiem niebo pokryte jest chmurami. Wyruszamy w trochę szarej, w trochę sennej tonacji. Nad Śniardwami zalega lekka mgła, fale są niewielkie i leniwe. Nastrojowe wiosłowanie do Wysokiego Ostrowa, gdzie robimy sobie popas. Kawka, pogaduchy i na wodę - ale już w kamizelkach, bo wiatr zaczął się wzmagać. Na wysokości Wyspy Pajęczej wieje dobra trojka, ale fala jest na tyle długa, że można ją swobodnie brać ukosem. Ale emocji trochę jest. Doceniamy też zewnętrzne listwy krawędziowe, które raczej nie występują w typowych konstrukcjach full plastik. Fale są skutecznie odbijane na zewnątrz. Seksty pokonujemy pełnym wiatrem, oczywiście na parapluchu. Powoli wszyscy zbierają się przed śluzą Karwik.

Do śluzowania mamy chwilę wolnego czasu, więc po wzmocnieniu organizmów w nabrzeżnej budce przychodzi czas na demo niektórych z uderzeń wiosła na spokojnej wodzie (flatwater). Dzięki Piotrowi, który zapewniał obsługę foto zlotu, mogę pokazać tutaj poszczególne fazy uderzenia kanadyjskiego, które jest bardzo stylowym (ale nie jedynym) sposobem spokojnego i efektywnego pokonywania dystansu.

Przeniesienie wiosła do przodu z jednoczesnym skrętem barków (tzw. naciąg). Pióro wiosła prowadzone jest piórkowaniem, czyli jest ustawione równolegle do powierzchni wody w celu minimalizacji oporu powietrza i uniknięcia zaczepienia o fale.



Złapanie wody. Pióro rozpoczyna zanurzanie, ale na przyłożenie pełnej mocy trzeba poczekać do całkowitego zanurzenia pióra i jego ustawienia w pozycji pionowej. Dopiero wtedy należy "przyciągnąć się" do wiosła, które pozostaje niejako wbite w "wodny beton". Przyciągnięcie oddaje fizyczny charakter działania- rozciągnięte mięśnie pracują najefektywniej przez krótki, początkowy odcinek przeciągnięcia. Zbyt wczesne przyłożenie pałera powoduje wynurzanie się dziobu (uwaga dla szlakowego), zbyt późne - zmniejsza efektywność uderzenia.



Przeciągnięcie w swojej końcowej fazie. Mięśnie barków "rozkręcają się" dostarczając większość mocy. Praca ramionami stanowi raczej wykończenie przeciągnięcia, aczkolwiek we wiosłowaniu rekreacyjnym może mieć podstawowe znaczenie. Faza siłowa przeciągnięcia kończy się, gdy pióro dochodzi do bioder, lub nieco wcześniej. Za dalekie przeciągnięcie powoduje podtapianie rufy i wydłuża czas trwania uderzenia. Efektywności uderzenia przydaje pionowe prowadzenia drążka (z wlkp. czonka) wiosła. Tor powinien być w miarę równoległy do diametralnej kadłuba (a nie układać się wzdłuż krawędzi kadłuba).



Korekcja kanadyjska. Przy wiosłowaniu z jednej strony dla utrzymania stałego kursu przeciągnięcie należy zakończyć korekcją. Najczęściej stosowana jest korekcja J - skręt dłoni górnej kciukiem w dół i do przodu powoduje prostopadłe ustawienie pióra (zdjęcie stanowi tutaj tylko pewne przybliżenie) i można zastosować odepchniecie lub sterowanie. Bardzie ceniona jest korekcja kanadyjska, która wymaga bardziej precyzyjnej kontroli ustawienia pióra w wodzie. Po przeciągnięciu lekki skręt górnej dłoni (tak jak na zdjęciu) i niskie prowadzenie wiosła w fazie powrotu powoduje, że pióro jest zanurzone w wodzie. Lekkie przechylenie przedniej krawędzi w dół powoduje powstanie na piórze siły, które stanowi niejako punkt oporu pozwalający na skorygowanie kursu (skręt dziobu kanu w stronę wiosłowania). Po korekcji pióro wycinane jest z wody i przenoszone piórkowaniem do przodu. Kluczem do skuteczności i elegancji jest precyzyjna kontrola kąta, pod jakim ustawione jest pióro. Alternatywą korekcji J, czy kanadyjskiej, w których skręt górnej dłoni jest "kciukiem do przodu", jest uderzenie zwykłe, w którym skręt dłoni następuje kciukiem do tyłu - co jest instynktownie odkrywane przez początkujących.

W śluzie każdy patrzy, do jakiego pacholika by się tu przykleić. Na szlaku dołączyli do nas znajomi kajakarze.

Wychodzimy ze śluzy. Trafia się okazja załapania na hol. I jak tu nie ulec pokusie?

Pięciokilometrowy odcinek kanału pokonujemy na holu lub na wiosełkach. Na Roś wychodzimy blisko ośrodka. Krótki przeskok i kanu po kolei dochodzą do nabrzeża. Pozostaje tylko pakowanie sprzętu do i na samochody, ale chętni mogą jeszcze popróbować, jak to jest na różnych łódkach. I jak wiosłuje się lekkim drewnianym wiosłem, a nie mocarnym pagajem od żaglówki.

Przyszła pora pożegnania. Było trochę za mało czasu na poznanie nowych twarzy - krótkie przebiegi zajmowały nam trochę więcej czasu niż przypuszczaliśmy. Może też będzie warto przyjechać w przyszłym roku o jeden dzień wcześniej. Pojawiły się nowe twarze w naszym kręgu. Jest sporo osób zainteresowanych tematem kanu, samodzielną budową takich łodzi. Może już niedługo zaowocuje to powstaniem stowarzyszenia z prawdziwego zdarzenia.

Dziękuję Piotrowi Śmietanowskiemu, który udostępnił zdjęcia z trasy zlotu.